O pracy psychiatry w Niemczech i pierwszych dyżurach… jak to się robi po niemiecku??

Tydzień temu minął. 1 rok, dosłownie jak z bicza strzelił. Tak, 1 rok, od kiedy jesteśmy w Niemczech. Czy to była dobra decyzja? Czy czegoś żałuję? Otóż teraz, gdy mam aprobację i wszystko zaczęło się układać, uważam, że było warto.

Owszem potrzeba było dużo samozaparcia, miałam wiele chwil zwątpienia, czy dobrze zrobiłam, ale teraz myślę, że w Polsce na pewno nie czułabym się lepiej. Ostatnio nie mam tylko zbyt dużo czasu, aby pisać regularnie wpisy na blog. Jest to związane z tym, że po prostu zaczęłam regularnie dyżurować, odwiedzili nas rodzice i brat Kamila.

 

 

Byliśmy w Paryżu, Amsterdamie i rzeczywiście sporo się działo. Jak wyglądają dyżury na psychiatrii i w szpitalu którym pracuję? Otóż przeważnie mam to „szczęście”, że na moich dyżurach dzieje się naprawdę dużo. Przeważnie kiedy mam dyżur w dzień wolny od pracy, to nagle muszę zrobić 5, 6 przyjęć i jakby tego było mało często zdarza się to w nocy. Czasem muszę odsyłać też pacjentów na internę lub intensywną terapię. Pacjenci, których ja przyjmuję w nocy, to bardzo często młodzi pacjenci po ekscesach alkoholowych, niejednokrotnie agresywni, wymagający specjalnych środków, jak czasowe unieruchomienie np. pasy, przymusowe zastosowanie leków (środki przymusu bezpośredniego).

I tak po paru przyjęciach, o 3 nad ranem myślisz już sobie, może uda mi się przespać jakoś te 4 godzinki do 7? Może choć raz wrócę do domu i nie padnę nieżywa na łóżko? O nie, nie. Otwieram jedno oko, ciemno, gdzie jestem? No tak dyżur, szpital, ale co tak cholernie dzwoni? No tak telefon, spałam dokładnie 20 minut tej nocy, bicie serca zaczęłam słyszeć w uszach, adrenalina skoczyła, jedziemy dalej. Odbieram. Dzwonią z innego szpitala. Pacjent z intoksykacją alkoholową, podobno ma myśli samobójcze, dodatkowo agresywny z tendencją do ucieczek.

Przez głowę przelatują mi myśli, dlaczego ludzie robią takie rzeczy w nocy z sobotę na niedzielę? Skąd mają silę na picie do białego rana, jak ja marzę tylko o chwili spokojnego snu. O nie, nie pośpisz sobie dzisiaj kochana, myślę.

Ok, mówię do słuchawki miłym lecz lekko zaspanym głosem. Oczywiście, bardzo chętnie przyjmę tego pacjenta, nie ma problemu. Wolne łóżka? Tak akurat mam wolne łóżka. Ale jakie to ma znaczenie? Przecież i tak musiałabym przyjąć tego pacjenta, ale albo na korytarz, albo wysłać go zaopatrzonego do innego szpitala.

Wstaję, narzucam sweter, patrzę do lustra i myślę sobie No tak świeżo to ty nie wyglądasz, ale jest 4 rano do cholery. Idę. Pacjent przyjeżdża. Agresywny? Jak na razie tylko werbalnie, ale nie obraża nikogo. Młody chłopak, ale swoje 2 metry i 120 kg wagi ma. Uff, widzę 3 policjantów w obstawie. No to do łóżeczka proszę. Niestety musimy pana pasami przypiąć, gdyż jest pan agresywny… Wiem, że jest pan silny i może nam wszystkim tutaj pokazać, ale to nie będzie potrzebne… Proszę nie wymachiwać pięścią, to pójdzie szybciej. Godzina później, załatwiam wszelkie formalności, prawne i nie tylko. Pacjent leży sobie w pasach, dalej werbalnie agresywny, za wszelką cenę chce się uwolnić z pasów. No cóż… Odpowiedni lek musi zostać podany. Na szczęście nie musiałam tego robić na siłę, pacjent sam zdecydował się na kropelki. I tak między tym wszystkim zastanawiam się, gdzie ja popełniłam błąd w życiu, że o 4 nad ranem użeram się z jakimś gościem, gdzieś w szpitalu na końcu świata.

Potem przychodzi jednak refleksja Słuchaj Anka masz szczęście, że nie robisz tego 3 noce pod rząd tylko 3,4 razy w miesiącu. Przynajmniej nikt ci tu nie umiera i jesteś to w stanie sama ogarnąć.

Uff załatwione, a w miedzy czasie zrobiła się 5 rano. Idę do pokoju dyżurnego, kładę się, może pośpię ze 2 godzinki. Zaraz znowu historia się powtarza, otwieram oczy, telefon znowu dzwoni, kołatanie serca, jedziemy dalej. Inny przypadek, inny pacjent i tak do 7 rano. Ze spania nici, a gdy o 8 rano w niedzielę mój kolega spóźnił się jakieś 15 minut, dostałam sama prawie ataku paniki i modliłam się po cichutku, żeby przyszedł jak najszybciej, zanim się tu rozpłaczę ze zmęczenia.

Za każdym następnym razem na dyżurze jest coraz lepiej, a podobno można nawet do tego przywyknąć. Tylko dlaczego jak wracam z sobotniego dyżuru zawsze myślę sobie, że może trzeba było zostać śpiewaczką operową albo modelką… Co z tego, że to było nieosiągalne? To może księgową, albo trenerką fitness. Nieee ja musiałam być tym lekarzem za wszelką cenę. Potem przesypiam ciągiem 4, czy 5 godzin i wstaję z całkiem nowym nastawieniem do życia. Przecież nie mogłabym robić nic innego, zawsze chciałam być lekarzem.

 

 

Co mogę więc powiedzieć po roku pracy jako lekarz w Niemczech? Otóż nauczyłam się bardzo dużo, sporo przeżyłam, sporo widziałam i patrząc w tył, przypominając sobie początki wiem, że ta droga była długa i nieraz pełna zwątpienia we własne siły, a jeszcze dłuższa droga przede mną.

Dzisiaj akurat przyszła do nas na oddział nowa koleżanka lekarka i naprawdę cieszyło mnie, że mogę z nią podzielić się swoimi doświadczeniami oraz opowiedzieć, jak wygląda praca psychiatry od kuchni. Z tego względu również dzisiaj przypomniałam sobie dokładnie jak to było ze mną na początku, jak rozwinęłam się językowo i medycznie. I patrząc na siebie troszkę z boku, mogę w pełni powiedzieć, że jestem w pełni zadowolona z tego co widzę. A dodatkową zaletą i motywacją było zapewnienie mojego przełożonego, że o przedłużenie umowy o pracę nie muszę się wcale martwić.

 

2 thoughts on “O pracy psychiatry w Niemczech i pierwszych dyżurach… jak to się robi po niemiecku??

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *