Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, czyli jak wynajęliśmy mieszkanie w Niemczech cz.3

Ufff… W końcu udało się nam wynająć mieszkanie. Problem w tym, że było ono całkowicie puste, kompletnie bez mebli, nawet tych kuchennych. Nasze wszystkie meble zostały we Wrocławiu w mieszkaniu, którego na razie zdecydowaliśmy się jeszcze nie wynajmować, z tego względu, że nie wiedzieliśmy jak potoczą się nasze losy w Niemczech. A co by było, jakbyśmy się kompletnie za granicą nie odnaleźli i postanowili wrócić? Zawsze było bezpieczniej mieć mały zaworek bezpieczeństwa, w postaci czekającego spokojnie mieszkania w Ojczyźnie.

Wiedziałam, że kilka mebli na pewno będę chciała zabrać ze sobą. Była to drewniana, dębowa biblioteczka, drewniany stolik, moje ukochane białe biureczko, przy którym spędziłam setki godzin ucząc się na studiach i skórzane pasujące do biurka krzesło. Było to raptem parę rzeczy, ale trzeba było zorganizować jakoś transport i to wszystko ogarnąć.

Kolejnym problemem okazał się zakup mebli kuchennych. Owszem kuchnia była duża i przestronna, ale układ podłączeń wodnych i gniazdek elektrycznych ograniczał nieco pole do popisu. Potem dodatkowo okazało się, że na meble kuchenne u stolarza lub w normlanym sklepie meblowym trzeba czekać około 10-12 tygodni oraz dysponować potężną kwotą rzędu 8-9 tysięcy euro, aby spełnić nasze oczekiwania. Także znaleźliśmy się w sytuacji patowej. Oczywiście na po krótkim namyśle odrzuciliśmy opcję mieszkania w dotychczasowym lokum i oczekiwania na meble. Płacenie podwójnego czynszu nie wchodziło w grę ze względu na to, że byłam na hospitacji i nie dostawałam pełnej pensji, więc musieliśmy tę opcję wykluczyć.

 

 

Potem pomyśleliśmy, że prawdopodobnie w Ikei meble będą dostępne od ręki. Najbliższa Ikea znajdowała się w Osnabrücku. No dobrze, ale najpierw przecież trzeba wszystko pomierzyć i dopasować, wstępnie zaplanować, a potem można jechać. Po naniesieniu pomiarów ścian, podłączeń dopiero się zaczęło… gdzie lodówka? Tu? Tu nie ma gniazdka. Okap tu, ale zaraz zasłoni wszystkie gniazdka. Zlew, tu musi być, bo tu są przyłącza wodno-kanalizacyjne. Obok oczywiście zmywarka. A co z blatem? Płyta indukcyjna 60, 80, czy 90 cm? Są takie w ogóle? Nie zabierze za dużo miejsca na blat roboczy? Ale w sumie mamy do dyspozycji całą wyspę kuchenną… Tak, ale to jest jednocześnie stół. Płyta 80 cm, a okap 60? To nie będzie pasowało! Bierzemy zestaw. Tak będzie super! Ale ile to kosztuje wszystko? Dużo za dużo! Najpierw meble, potem zdecydujemy o sprzętach! I tak składaliśmy powoli elementy tej układanki, również poprzez trwające godzinami dyskusje z obecną na Hot Linii przez Whatsapp pierwszą projektantką wnętrz, znającą się niemal na wszystkim, niejaką Lucyną W. (mamo pozdrowionka).

Po burzliwych dyskusjach mieliśmy z grubsza zarysowany plan naszej idealnej, wymarzonej, niezbyt drogiej, a jednak eleganckiej, a jednocześnie praktycznej kuchni. Nie wiem jak to osiągnęliśmy, ale jedziemy! W Ikei w dziale KUCHNIA spędziliśmy około 2.5 h z panem doradcą. Wypytał nas chyba o wszystko co było możliwe, a na zaproponowane przez niego inne rozwiązania od razu mieliśmy argumenty dlaczego nie tak, lecz inaczej. Pan był zdecydowanie pod wrażeniem, ale jak się spędziło nad projektem w 3 osoby kilka godzin i robiąc burzę mózgów, to chyba już niewiele rzeczy może umknąć uwadze…

 

 

Mieliśmy projekt kuchni, wybrane fronty, blaty, wszystko na tip top. Pozostała jeszcze mimo wszystko kwestia ceny, która nie oszukujmy się była wysoka. Fakt mebli nie wybraliśmy najtańszych, bo mimo wszystko gdybyśmy mieli zostać tu na dłużej, to dobrze byłoby cieszyć się kilka lat ładną kuchnią. Kamil rzucił pomysł, a może meble kupić w Polsce i przywieźć tutaj? Sprawdziliśmy cenę naszego projektu w Ikei w Polsce. Owszem byłoby taniej jakieś 2000 zł, ale czy transport, wynajęcie samochodu, stracony czas naprawdę się opłaci? Przemyśleliśmy ponownie i zdecydowaliśmy się zakupić wszystko na miejscu.

Jak się okazało był to strzał w dziesiątkę, bo tutaj obsługa Ikei kompletowała całe zamówienie, a w Polsce trzeba sobie pośród kilometrami ciągnących się regałów i regalików samemu wszystko wybrać zgodnie z dołączoną do projektu listą. Według naszych szacowań musielibyśmy chyba ta spędzić dobry miesiąc, żeby wszystko znaleźć. Potem jak policzyliśmy było to około 8, czy 9 wózków zapakowanych po same brzegi mniejszymi, czy większymi paczuszkami. Stwierdziliśmy, ze nie będziemy narażać się na dodatkowe koszty i Kamil podejmie się zbudowania całej kuchni samodzielnie. Już miał wprawę, bo to nasze drugie urządzanie mieszkania z kuchnią. Efekty jak wyszło możecie zobaczyć na zdjęciach.

 

 

Następnie nadszedł jeszcze czas na zakup foteli, lamp, lampeczek, żyrandoli i wybór odpowiednich mebli do naszego salonu. To sprawiło mi chyba najwięcej radości. Potem nastąpiło jeszcze zakupienie mebli łazienkowych i urządzenie balkonu. Wiecie ile czekaliśmy na meble do salonu? 14 tygodni. Nie wiem, czy specjalnie pod nasze zamówienie ktoś musiał najpierw specjalnie wyhodować drzewo, żeby następnie z niego wykonać meble, ale to po prostu nie mieściło mi się w głowie.

Nasze mieszkanie oczywiście nie jest jeszcze w pełni urządzone, zostawiam sobie zawsze trochę przyjemności na zaś.

 

Pan majster w pełnym skupieniu przy pracy 🙂 

Jedna dniówka i takie efekty… 🙂 3 płyteczki przykleiłam sama… 🙂 

3 thoughts on “Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, czyli jak wynajęliśmy mieszkanie w Niemczech cz.3

  1. Znam te cyrki i kombinacje, wiem ile krwi potrafi napsuć taka sytuacja 🙂 O kosztach już nie wspominając. Wasz efekt końcowy jest piękny i osobiście uważam, że to uroczy kąt kuchenny 🙂 Uściski!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *