Rezydentura w Niemczech cz. 6 „Tajniki pracy w niemieckim szpitalu”

Tych kilka tygodni grudnia, kiedy byłam na oddziale sama, minęły jak z bicza strzelił. Próbowałam ogarnąć nową rzeczywistość i ciągle szukałam odpowiedzi na pytanie, co ja tak właściwie mam robić z tymi pacjentami? Do tego na oddziale panował wtedy ogromny nawał pracy, więc nikt za bardzo nie miał czasu na to, aby mi powiedzieć, czym ja właściwie mam się zająć. Co więcej A. – moja koleżanka z Polski, była wtedy na oddziale jedyną obecną lekarką, przez co nie prowadziła zbyt długich, terapeutycznych rozmów z pacjentami. Na naszym oddziale pracowały na szczęście w tym czasie dwie psycholożki, M., którą poznałam w pierwszym dniu pracy oraz K. ta bardziej doświadczona. Na szczęście to one brały na siebie w tym czasie ciężar prowadzenia większości rozmów terapeutycznych z pacjentami.

Po uzyskaniu wstępnych wytycznych, na początku zajmowałam się głównie przyjęciami pacjentów i rozmowami wstępnymi. Praktycznie od razu musiałam też zająć się wizytami w poniedziałki z Oberarztem i czwartki z Chefarztem. Polegają one głównie na przedstawieniu pacjentów, z czym przyszli, jakie mają najważniejsze problemy, ich sytuację życiową, jakie było już zastosowane leczenie, co zmieniliśmy i dlaczego, co już zrobiliśmy i co mamy w planach. Ponadto wspólnie omawiamy wyniki badań pacjentów i rozważamy jakie jeszcze mamy możliwości leczenia.

 

 

Podobno lekarze na innych oddziałach nawet już ci bardziej doświadczeni bardzo nie lubią tych wizyt, szczególnie z Chefarztem. Zupełnie nie rozumiem dlaczego, bo ja prawie zawsze czekam na nie z utęsknieniem, bo właśnie przy tej okazji mogę skonsultować ze swoimi przełożonymi obrany przeze mnie plan działania, czy leczenia, a także pomagają mi rozwiać wątpliwości, co do stosowanej diagnostyki i leczenia. Może dlatego, że ma on w zwyczaju zadawać pytania z zakresu psychiatrii, jak i medycyny ogólnej? Mnie czasami zdarza się zadać więcej pytań jemu i wygląda to raczej tak, jakbym to ja robiła sprawdzian jemu, niż on mnie. 😉 Poza tym chyba miał w sobie na tyle litości, żeby nie wystraszyć i tak jeszcze zielonej młodej lekarki. Zdecydowanie pasował mi taki układ, przynajmniej na początku.

Akurat na samym początku zdarzyło się, że mieliśmy na oddziale wielu pacjentów internistycznych. Wiązało się to z tym, że musiałam podejmować nie tylko psychiatryczne decyzje, co byłoby prostsze. Podejmowałam decyzje odnośnie leczenia cukrzycy oraz diagnozowałam ją u niektórych pacjentów i nawet rozpoznałam niewydolność nerek. Na początku bardzo ułatwiło mi zadanie to, że nasza ordynatorka (Oberärztin) interny również jest Polką. Miałam okazję ją poznać już w grudniu. Okazała się być bardzo miłą lekarką, która od razu zaoferowała mi swoją pomoc w przyszłości. Szczerze powiedziawszy bardzo chętnie z tego korzystałam.

 

U nas na oddziale każdy pacjent ma możliwość otrzymania konsultacji internistycznej, chirurgicznej, laryngologicznej, czy ginekologicznej, jeśli tylko coś się dzieje. Na początku nie mieściło mi się to w mojej małej polskiej główce, przyzwyczajonej do polskiego systemu i oszczędzania w służbie zdrowia ile tylko się da i na czym tylko się da. Jak to? To pacjent może od razu następnego dnia otrzymać TK głowy? Konsultacja chirurgiczna tego samego dnia z powodu drobnego urazu podczas terapii sportowej? Przepraszam, jakie badania robi się przy przyjęciu? Usłyszałam, że robi się standard badań laboratoryjnych, czyli morfologię, elektrolity, enzymy wątrobowe, CRP, kreatyninę, eGFR, mocznik, kwas moczowy, dodatkowo TSH, fT3, fT4, witaminę D, kwas foliowy i witaminę B12. O tym pisałam już w poprzednich wpisach, ale uwierzcie mi naprawdę było mi trudno na początku w to uwierzyć. Ponadto, gdy któreś z badań nam się nie podobało, można bez problemu rozszerzyć diagnostykę i zrobić to, co nam się właściwie podoba.

Pacjentka z bólami brzucha – proszę bardzo USG, pacjentka z bólami głowy – już jedzie na tomografię komputerową, pacjentka z mdłościami – szybciutko USG i gastroskopia. Pacjent cierpi na szumy uszne – rach ciach konsultacja laryngologiczna. Trzeba tylko chcieć, a można zrobić wszystko i naprawdę czuje się, że leczy się tych pacjentów i im pomaga. Jedni powiedzą: Tak, lekarz może nic nie potrafić, badania powiedzą wszystko. Z jednej strony to prawda, ale chyba medycyna światowa właśnie na tym się opiera. Chodzi o to, żeby skracać maksymalnie czas diagnostyki i wdrożyć jak najszybciej leczenie. Po co starsza pani z mdłościami ma siedzieć tygodniami na psychiatrii, skoro powód leży w kamicy żółciowej? To bez sensu. A tak naprawdę chyba żadnym badaniem lekarskim nie ujawnimy kamicy, jeśli nie ma stanu zapalnego. Natomiast objawy takie jak mdłości mogą jak najbardziej być.

Więc z jednej strony jest to rozrzutność, a z drugiej oszczędzanie na długich hospitalizacjach i niepotrzebnym leczeniu. W dodatku szybko wyleczony pacjent, może szybciej wrócić do pracy i po to, aby część pieniędzy ze swojej pensji w dalszym ciągu przeznaczał na służbę zdrowia. 😊 Nie martwcie się, niemiecka główka pracuje. 😉

Pierwszy miesiąc lub dwa minęły mi na poznawaniu tej całej struktury i systemu od środka. Potem skończył się tzw. okres ochronny i w zasadzie o wszystko, co miałam do zrobienia, musiałam zadbać sama. Owszem, na wizytach dostawałam konkretne zalecenia, ale musiałam je sama wdrożyć w życie. Wszystko skrzętnie zapisywałam w swoich notatkach, by następnie dopytywać o to koleżanki, lekarki z oddziału lub pielęgniarki. Mam to szczęście, że na moim oddziale pracuje większość naprawdę spoko babek i jeden facet, którzy naprawdę zawsze pomagają jak mogą. Dzięki temu nie mam oporów zapytać, jak coś się robi, jaka jest procedura zlecenia konsultacji takiej, czy owakiej, co trzeba po kolei zrobić. Zaznaczam, że nie byłam na ŻADNYM kursie z tego, jak wygląda praca w niemieckiej służbie zdrowia lub też tym konkretnym szpitalu. W sumie ciągle słyszałam od A., mojej, polskiej koleżanki: Pytaj, bo jak odejdę, to zostaniesz sama. Ale przecież żeby pytać, trzeba mieć pojęcie jeszcze o co pytać.

Skąd miałam wiedzieć, z czym przyjdzie mi się zmierzyć i co będę musiała załatwić? Jak odbywa się przeniesienie pacjenta do innego szpitala? Czy mogę wdrożyć takie, a nie inne leczenie? Jak z diagnostyką? Co mam dokładnie diagnozować, a co zostawić lekarzowi rodzinnemu? Czy jak przy okazji urazu stawu skokowego, chirurg stwierdził osteoporozę i zalecił dalsze badania oraz to, czy ja mam się tym zająć, czy zostawić to lekarzowi rodzinnemu? To były pytania na które po części odpowiadali mi mój ordynator (Oberarzt), Chefarzt i moja koleżanka S., również lekarka. Pytań ode mnie oczywiście nie brakowało, a mówiąc dokładniej była ich naprawdę cała lawina.

Teraz nawet już się nie zastanawiam nad takimi rzeczami, bo są dla mnie oczywiste. Podejrzewam, że do tego szpitala już dawno nie trafił nikt tak świeży, jak ja: zaraz po stażu i studiach. Przecież to moja pierwsza praca i to za granicą. Podejrzewam, że w Polsce wyglądałoby to podobnie. Nieraz zdarzało się i nawet teraz zdarza, że jak nikt po kolei S. lub ordynator nie są dostępni, to idę prosto do Chefarzta i pytam co mam zrobić. W sumie jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby ktokolwiek odmówił mi pomocy, czy odpowiedzi lub „zjechał mnie” za to, że zawracam głowę jakimiś pierdołami, co w polskich szpitalach zdarza się stosunkowo często.

 

Dalsza część moich zagranicznych przygód w następnym wpisie. Chcecie wiedzieć jak stoczyłam pierwszą oddziałową bitwę z kierowniczką pielęgniarek? I to po niemiecku! Jeśli tak, to zapraszam już w przyszłym tygodniu 😊­­­­­­­­­

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *