Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, czyli jak wynajęliśmy mieszkanie w Niemczech cz.1

Po tym jak odeszła, moja starsza koleżanka, zostałam jedną z dwóch lekarek na oddziale i jedyną na pełen etat. Było to dosyć przerażające, na szczęście nie miałam czasu myśleć za bardzo nad moją sytuacją, bo pracy ma oddziale nie brakowało. Od razu na przykład musiałam poprowadzić grupę edukacyjną na pacjentów na temat depresji. Po 2 miesiącach w Niemczech. Ja sama prowadząca wykłady na jakiś temat?! Szaleństwo! Ale oczywiście zrobiłam to jakoś. Nie wiem czy dobrze, czy źle i czy ktoś cokolwiek wyniósł z tych zajęć, ale dałam radę 😉

W międzyczasie oczekiwałam na uznanie dokumentów i uzyskanie Aprobacji, czyli niemieckiego prawa do wykonywania zawodu. Na początku myślałam, że potrwa to miesiąc lub dwa. Jednak już jak już byliśmy na miejscu, rozmawiałam z dziewczyną, której kazali czekać na Aprobację cztery miesiące. Miałam nadzieję, że może u mnie aż tyle to nie potrwa. Jednak był już koniec grudnia, a tu nic nie było słychać. Pozostało tylko uzbroić się w cierpliwość.

W tym czasie postanowiliśmy poszukać nowego mieszkania, w którym będziemy mogli zostać dłużej. Z początku planowaliśmy pomieszkać w mieszkaniu (Ferienwohnung) zaproponowanym przez szpital jak najdłużej się da. Ale jak się okazało niemieckie budownictwo z przełomu lat osiemdziesiątych pomimo swoich niewątpliwych walorów estetycznych, nie należy do najlepiej izolowanych i najcieplejszych. W łazience okno było tak nieszczelne, że wstając rano, gdy grzejniki dopiero zaczynały grzać, było ok. 15°C. Wyobraźcie sobie wstawanie rano przed godziną 7, w zimie, gdy na zewnątrz jest jeszcze ciemno, ty musisz wyjść spod cieplutkiej kołderki i wejść do lodowatej łazienki.

 

 

Ponadto kuchnia nie miała zmywarki, co człowiekowi, który nie zna życia bez zmywarki wydaje się jakąś surrealistyczną wizją. No dobra, na pierwszym roku studiów też nie miałam zmywarki, ale jakoś wtedy gotowanie nie spędzało mi snu z powiek, a w weekendy zmywał Kamil 😉 Tutaj kuchnia była dodatkowo tak malutka i uboga w meble, że zrobienie naleśników graniczyło z organizacyjnym cudem. We Wrocławiu też nie mieliśmy największego mieszkania, z wypasioną kuchnią, ale wszystko było tak zorganizowane, że gotowanie nie stanowiło większego problemu. Kamil zresztą stał ciągle na straży kuchennego porządku.

Postanowiliśmy więc nie czekać tak długo, tylko już zacząć się interesować rynkiem mieszkaniowym. Okazało się to bardzo dobrą decyzją, ponieważ u Niemców z mieszkaniami, jak i z większością rzeczy, wszystko odbywa się langsam, langsam. Znaczy to np. że okres wypowiedzenia nie wynosi 1 miesiąc jak normalnie, a 3 miesiące. Więc jak zaczęliśmy przeglądać oferty w grudniu, to możliwość wynajęcia większości mieszkań była dopiero od marca! Jak to? Pomyśleliśmy z przerażeniem… przecież od marca MUSIMY mieć już nowe mieszkanie.

Rozszerzyliśmy więc zakres poszukiwań na miejscowość obok, a ja zaczęłam intensywnie dzwonić do właścicieli mieszkań, żeby umówić się na dogodny termin. Nie było to łatwe, ponieważ oboje do późna pracowaliśmy, więc nie byliśmy zbytnio elastyczni czasowo. Udało mi się jednak umówić kilka spotkań. Zakres poszukiwań też był dosyć zawężony, ponieważ chcieliśmy wynająć stosunkowo nowe mieszkanie, żeby potem nie wydawać milionów euro na naprawy i ogrzewanie całego Emsland, z powodu nieszczelnych okien. No tak wymagania wymaganiami, a rzeczywistość rządzi się swoimi prawami.

Chyba jako pierwsze spodobało mi się mieszkanie w mieście obok, tj. Meppen. Nowo wykończony blok, tuż obok rzeki, parter z małym tarasem i ogródkiem. Miało ono około 70 m² powierzchni. Spodobało nam się od razu. Jednak problem był taki, że w mieszkaniu były tylko podłogi, białe ściany i wykończona łazienka. Nie było mebli kuchennych, ani żadnych innych. W Niemczech zdarza się bardzo często, że wynajmuje się puste mieszkania, nawet bez mebli kuchennych. Jeżeli ktoś zdecyduje się wynająć takie mieszkanie, właściciele wychodzą z założenia, że ktoś chce zostać w takim mieszkaniu na dłużej, a on sam nie będzie musiał po niedługim czasie znowu szukać najemcy.

My pomyśleliśmy, że chyba taka opcja za bardzo nam się nie podoba. W końcu co będzie jak będziemy się chcieli przeprowadzić i spróbować gdzie indziej? Trochę przerażeni braniem na siebie takich wydatków, zrezygnowaliśmy. Stwierdziliśmy, że trzeba szukać dalej. Potem przewinęło się jeszcze kilka „perełek”. Niektórzy starsi Niemcy chyba bardzo cenią swoje mieszkania do wynajęcia nazywając je na wyrost „apartamentami”. Często takie ogłoszenia nie zawierają również żadnych zdjęć, aby nie zniechęcić potencjalnych lokatorów lub po prostu z braku wiedzy, jak je dodać. Zachęceni takim opisem, nie zważając na cenę, która jak na „apartament” wydawała się nie być zbytnio wygórowana, pojechaliśmy obejrzeć to cudo. W tymże mieszkaniu musiałam dosłownie szukać kuchni. Okazała się maleńkim pomieszczeniem z dziwną konstrukcją przypominającym drapak dla kota pośrodku i niebieskimi meblami oraz zerowym oświetleniem. W dodatku były stare, klekoczące parkiety, a pan właściciel wielokrotnie podkreślał wartość leżących na podłodze, szarych firan mówiąc jakie są piękne, a mieszkanie było dopiero co odnowione. Najbardziej jednak zniechęciły mnie majtkowo-różowe płytki w łazience i meble łazienkowo-biurowe z okleiną w kolorze olchy. Po wyjściu popatrzyliśmy na siebie i wspólnie wybuchnęliśmy śmiechem mówiąc: To ci dopiero apartament.

 

 

Potem znalazłam mieszkanie w miejscowości Haren, położonej ok. 40 km, od mojego miejsca pracy. Na zdjęciach wyglądało pięknie. Powierzchnia 100 m², zlokalizowane na parterze, z jednej strony widok na rzekę, z drugiej swój własny ogródek i taras. Dwuletnie z piękną kuchnią. W piwnicy własne pomieszczenie gospodarcze oraz pralnia i suszarnia. Wynajem niestety przez pośrednika. Cena trochę zaporowa, ale postanowiliśmy pooglądać. Ehh, co tu dużo gadać… mieszkanie było przepiękne, z 3 sypialniami, 2 łazienkami i piękną, jasną, przestronną kuchnią. Cudne. Wyposażenie nowiutkie, w ogóle niezniszczone. Niestety właściciel z góry żądał podpisania umowy z minimalnym czasem wynajmu wynoszącym dwa lata. I znowu to samo…. Co jak będziemy się chcieli przeprowadzić? Czy czekają nas jakieś kary umowne, czy co? Potem się będziemy borykać z właścicielem. Lepiej dmuchać na zimne. Potem usłyszałam jeszcze dodatkowy argument Kamila: Ania będziesz musiała dojeżdżać około półtorej godziny dziennie w obie strony… to znaczy, że będziesz musiała wstawać CODZIENNIE o 6 rano! To przeważyło i odpuściliśmy. 😊

Jakby nie patrzeć strach zaczynał zaglądać nam w oczy… Zbliżała się połowa grudnia, a my nie mamy mieszkania! Ofert z możliwością natychmiastowego wprowadzenia było jak na lekarstwo. Przecież zaraz będą święta, a wiadomo, że wtedy nic się nie dzieje. Mieliśmy też zaplanowany wyjazd do Polski i potem do Paryża na kilka dni w Sylwestra. Już myśleliśmy, że będziemy musieli wynająć znowu jakieś stare mieszkanie, gdzie wiatr hula jak chce, a pleśń porasta każdy kąt. Po drodze obejrzeliśmy kilka, dokładnie odpowiadających temu opisowi, „uroczych” mieszkanek.

W końcu w Meppen trafiło się jedno całkiem nieźle wyglądające, około 70 m², z kuchnią i ogródeczkiem. Cena też znośna i dostępne od ręki! Chyba 3 letnie mieszkanko. Jedziemy oglądać! Umówiliśmy się na spotkanie. Pan opowiadał, że kupił je córce i jej mężowi, ale jak urodziło im się dziecko to wyprowadzili się do własnego domu. Było piękne, ale… He he… Zawsze jest jakieś „ale”, Pan zażyczył sobie dodatkowe 800 euro za regał (!) i dodatkowe 300 za firanki. Chryste… pomyślałam. Jak będę chciała to sama sobie takie kupię i to nowe, a nie używane. Sprawiło to, że się zawahaliśmy i powiedzieliśmy, że damy odpowiedź jeszcze tego samego dnia. W drodze do domu postanowiliśmy, że mieszkanie jest na tyle atrakcyjne, że naprawdę się opłaca. Dzwonię do pana, że chcemy wynająć, a właściciel mówi „Die Wohnung ist schon weg.” Znaczy to tyle, że się spóźniliśmy i państwo oglądający za nami, zdecydowali się od razu.

Byliśmy strasznie zawiedzeni, bo bardzo nam się podobało. Nasze morale były gdzieś na dnie pod grubą warstwą mułu. Już nam przychodziły do głowy myśli, że może wrócimy do Polski, przecież tam mamy nasze własne przytulne mieszkanko, które tylko na nas czeka. Skoro wszystko jest takie trudne i nawet z mieszkaniem nam nie idzie. Aprobacji nie widać jakoś na horyzoncie, to po co to wszystko? Czy warto tak się męczyć? Przecież za kilka miesięcy będziemy musieli coś zrobić. Codziennie nagminnie okupowałam różne strony oferujące mieszkania pod wynajem. Te, które podobały nam się były już wynajęte, a te z którymi było coś nie tak, zalegały od dawien dawna na portalach ogłoszeniowych. Przypomniało mi się wtedy powiedzenie, że z ludźmi szukającymi partnera, jest tak jak z mieszkaniami do wynajęcia, im dłużej jesteś na rynku, tym bardziej wszyscy dookoła zastanawiają się, co z tobą jest nie tak…

 

 

Było już kilka dni przed świętami, a Kamil uparcie przeglądał oferty mieszkaniowe, bo ja już miałam dosyć. W końcu pewnego wieczoru pojawiło się. W miejscowości gdzie pracuję, niedaleko szpitala, nowiutkie, blok dopiero oddany do użytku, 3 piętro, 75 m², cena znośna, ogrzewanie podłogowe w łazience, miejsce postojowe w garażu podziemnym. Kamil zadzwonił i umówił się na spotkanie następnego dnia. Ja pomyślałam już z rezygnacją: OK, można pojechać zobaczyć i tak już za wiele się nie zmieni.

Przybyliśmy na miejsce. Właścicielką okazała się być wysoką, postawną, dosyć młodą blondynką. Mieszkanie pokazywała dosyć dokładnie, opowiadała i wyjaśniała. Mnie się od razu bardzo spodobało i już w wyobraźni myślałam, co gdzie postawię… Spojrzałam na Kamila i widziałam, że jemu też się podoba. Jednak tym razem musieliśmy działać szybko…

 

Czy udało nam się wynająć to wymarzone mieszkanie? Czy ktoś nas jednak ubiegł? Ciąg dalszy w kolejnym wpisie.  

6 thoughts on “Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, czyli jak wynajęliśmy mieszkanie w Niemczech cz.1

  1. Fajnie poczytać o Waszych doświadczeniach. Trzymasz w napięciu! Mam nadzieję, ze historia skończy się dobrze. Doskonale rozumiem tą miłość do mieszkania od pierwszego wejrzenia, bo sama ją przeżyłam i teraz wykańczam mój dom jak ze snów 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *