Rezydentura w Niemczech cz.5 „Praca psychiatry”

No i się zaczęło. Praca. Niby tylko hospitacja, niby tylko miałam się przyglądać, ale w rzeczywistości zaczęłam pracę jako lekarz w Niemczech. Najpierw zajmowałam się przyjęciami. Na szczęście w tym czasie tak się złożyło, że większość pacjentów przychodziło na nasz oddział z depresją, a to miałam już opanowane. Oddział, na którym pracuję, jest oddziałem otwartym. Znaczy to, że jest przeznaczony na te „lżejsze przypadki”. Nie znaczy to oczywiście, że ludzie ci nie są chorzy. Po prostu nie muszą być w zamknięciu. Jak np. przy depresji, ale bez myśli samobójczych. Udowodniono, że tacy pacjenci lepiej wychodzą z choroby kiedy są na oddziałach otwartych. Muszą oczywiście uczestniczyć w zaplanowanych przez nas terapiach, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby mogli pójść swobodnie do miasta, spotkać się z rodziną, czy przyjaciółmi. Oczywiście, żeby nie było tak beztrosko, to mają oni obowiązek zapisywania czasu wyjścia i powrotu specjalnej książce (kto był w wojsku, będzie doskonale wiedział o czym mówię 😉). Uważam, że jest to system dużo lepszy. Oddział zamknięty służy tylko leczeniu naprawdę ostrych przypadków. Pacjenci nie mają tam zbyt dużo terapii no i ciągle są zamknięci, a to nie służy dobrej rekonwalescencji.

 

 

Przy pierwszych rozmowach z pacjentami, byłam bardzo spięta i niepewna, co pacjenci na pewno wyczuwali. Wtedy tylko myślałam: O matko i córko… W jakim języku ten facet do mnie mówi? To dialekt, czy wada wymowy? Kiedy w końcu poczuję się pewnie w tym języku na tyle, żeby się swobodnie w nim porozumiewać? Pierwsze kilka przyjęć zrobiłam w towarzystwie lekarki, która mówiła po polsku. Potem już zostawałam przy przyjęciach sama z pielęgniarką. U nas w szpitalu jest tak, że przy przyjęciu jest zawsze obecna pielęgniarka, która spisuje sobie również notatki. Dzięki temu pacjent nie musi dwa razy opowiadać w zasadzie o tym samym. Jest to bardzo pomocne, bo zawsze można z kimś się skonsultować, czy jak się o czymś zapomniało (co na szczęście praktycznie już mi się nie zdarza) zawsze jest ktoś, kto może dopytać.

Potem należy pacjenta zbadać fizykalnie i wszystko opisać. Wypełniamy też sporo formalności, ale co jest dobre, wypełniamy wszystko w komputerze i robimy to jeden raz. Następnego dnia, na porannej konferencji, omawia się co działo się na dyżurze, a także nowe przyjęcia. No i tu też parę razy nogi mi się zatrzęsły. Pamiętam, że na początku stres przy przyjęciu pacjenta był dużo mniejszy, niż właśnie przy jego omówieniu następnego dnia. Wystarczy w zasadzie powiedzieć kilka zdań. Mhm… Tyle, że przy kompletnej ciszy oznaki niepewności, czyli drżący głos itp. są dużo bardziej widoczne niż gdziekolwiek indziej. Dodam tylko, że audytorium jest tam zawsze dość pokaźne i każde nawet najmniejsze potknięcie nie może pozostać niezauważone. Potem zostaje tylko ta przerażająca myśl w głowie: Dałam na końcu ten cholerny czasownik czy nie?! Ciekawe, czy zrozumieli o co mi chodziło?

Teraz na szczęście nie mam już z tym żadnego problemu. Nawet nie muszę się przygotowywać, jakoś wszystko cudownie mam w głowie. Czasem jednak zdarza się mi zapomnieć iż przyjęcie w ogóle zrobiłam (jak np. wczoraj). Zadowolona przyszłam na poranną konferencję, radośnie sobie z kimś rozmawiałam, po czym nagle przypomniało mi się, że przecież przyjęłam pacjenta… Tylko jak się nazywał? Ile miał lat w ogóle? Dobrze, że przynajmniej historię i objawy miałam w głowie, to ogólnikowo go przedstawiłam i odhaczone.

Na początku swojej pracy po przygodach z przyjęciami, miało miejsce kilka śmiesznych zbiegów okoliczności. Mianowicie kilka razy pod rząd, po tym jak przyjęłam pacjenta na oddział, stwierdzał on jednak, że zdecydowanie nic mu nie jest i tak właściwie to on idzie do domu. Wynika to z różnych czynników i teraz to wiem. Jednak wtedy na początku, byłam lekko załamana i myślałam sobie, że na pewno robię coś nie tak, skoro tylko mnie się to przydarza. Wszyscy jednak traktowali to z dużym dystansem i poczuciem humoru mówiąc mi, że po prostu jestem świetnym psychiatrą i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki leczę pacjentów, już pierwszą rozmową. Potem jak się okazało, nie tylko mnie się to przytrafiało.

 

 

Z czasem czułam się dużo swobodniej przy przyjęciach, wiedziałam co robić. Także z pobieraniem krwi nie miałam już żadnych problemów. Podglądałam swoją starszą koleżankę przy pracy i starałam się jej zadawać jak najwięcej pytań, bo ta wkrótce miała odejść na urlop macierzyński, a ja miałam przejąć jej „stronę” oddziału, czyli 12 pacjentów. Starałam się jak najwięcej zapamiętać, co i jak się robi w jakich sytuacjach, ale tak naprawdę, nie ma się pojęcia, o co tak naprawdę pytać, dopóki nie zacznie się samemu pracować i spotykać z konkretnymi sytuacjami. Taaaak… wtedy to dopiero ma się całą masę pytań.

No i stało się. Zostałam sama. Poza mną na oddziale nie było żadnego lekarza poza Oberarztem. Był to jakoś początek grudnia, a w dniu, w którym odeszła moja „mentorka” zrobiło mi się jakoś ciężko, poczułam się jakoś samotnie i wtedy do mnie dotarło: Anka zostałaś sama wśród samych Niemców i ludzi mówiących tylko po niemiecku. Było siedzieć w Polsce, a nie kombinować jak koń pod górkę? Czy ty naprawdę łudzisz się, że dasz radę? Masz być tutaj lekarzem! W jednej chwili miałam totalny mętlik w głowie, a serce zaczęło galopować jak szalone. Rozum podpowiadał, żeby pakować manatki i łapać najbliższy PKS do Polski. Potem jednak pomyślałam, że jak teraz się poddam i nie spróbuję to nigdy się nie przekonam, czy może jednak jakoś to wszystko się ułoży. Przecież jakoś to będzie. Zawsze jakoś jest. Najwyżej cię wywalą, jak sobie nie poradzisz, wrócisz do Polski i też będzie ok. Kilka wdechów i jedziemy dalej. Wyszłam pewnie z odtąd już mojego gabinetu, zostawiając za sobą prześladujące mnie uczucie niepewności, zrobiłam następne przyjęcie i kompletnie odcięłam się od takich myśli. Był to ostatni raz mojego totalnego zwątpienia w siebie.

Kto mi pomógł odnaleźć się w nowej roli i kto cierpliwie odpowiadał na moich następnych miliony pytań? O tym już wkrótce.

22 thoughts on “Rezydentura w Niemczech cz.5 „Praca psychiatry”

    1. Doskonale sobie z tego zdaję sprawę ale po prostu nie chciałam być kolejnym sfrustrowanym lekrzem biegającym od jednej pracy do drugiej. Tutaj mam jedną i mam poczucie, że ciągle się uczę czegoś nowego, jednocześnie mając czas wolny. No i kształcenie jest dużo dużo lepsze. Dziękuję i pozdrawiam 🙂

  1. Bardzo lubię czytać twojego bloga. Tylko dla mnie te wpisy są stanowczo za krótkie. Życzę powodzenia w Niemczech i czekam na dalszy ciąg.

  2. Tak, zgadzam się, że w Polsce wielu ludzi czeka na pomoc, ale jednocześnie państwo nie robi nic żeby zatrzymać młodych lekarzy, a w społeczeństwie też nie ma poparcia dla takich zmian. Sama niejednokrotnie słyszałam że lekarzom się w głowach poprzewracało i żądają Bóg wie czego, a dwa tysiące to i tak dużo. Tak trzymaj. Pozdrawiam

  3. Podziwiam Ciebie, że się odważyłaś na wybór tak trudnego zawodu i specjalizacji. Na dodatek musisz posługiwać się obcym językiem i fachowymi określeniami – gratuluję!

  4. Fantastyczna specjalizacja iw sumie dobry krok z tym wyjazdem. Moi znajomi obecnie pracują w kilku przychodniach, szpitalach i jeszcze biorą dyżury żeby zarobić fajny pieniądz, a czasu dla rodziny zero.

  5. bardzo ciekawie się Ciebie czyta. Aktualna wersja cyklu „Z pamiętnika młodej lekarki” Ewy Szumańskiej i kabaretu Studia 202 🙂 tylko tam to oczywiście było kabaretowe podejście. Powodzenia na obczyźnię życzę!

  6. To bardzo cenne, przeczytać coś o pracy psychiatry, mam wrażenie że takich artykułów brakuje, a ta specjalizacja jest chyba najbardziej że wszystkich innych obarczona stereotypami…

  7. Bardzo fajnie się czyta Twojego bloga! To dla mnie o tyle bliski temat, że sama jestem studentką medycyny, więc czytanie o realiach, nawet w innych krajach, jest dla mnie zawsze ciekawe 🙂

    1. Super, zapraszam w takim razie na dluzej ☺️ warto przemyśleć wyjazd, nawet na krótko, bardzo wzbogaca o nowe doświadczenia i przemyślenia☺️

  8. Cieszę się, że ktoś pisze o tym jak wygląda życie na emigracji. Sama mam zawód medyczny – jestem pielęgniarką. Po kilku latach pracy nie chcę pracować w tym zawodzie, szukam czegoś innego. Rozumie dlaczego inni wyjeżdżają.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *