Rezydentura w Niemczech Cz.3

Jak wyglądała nasza częściowa przeprowadzka do Niemiec oraz mój pierwszy dzień w pracy? O tym dowiesz się z poniższego wpisu.

 

W końcu doczekałam się wyników egzaminu Goethe C1. Zdałam go z bardzo dobrze, co wprawiło mnie w naprawdę świetny nastrój oraz poczucie tego, że jestem porządnie przygotowana do tego wyjazdu.

Nastąpił ciąg dalszy pakowania, a ja nie mogłam wyjść z podziwu, ile rzeczy pomieściło nasze wrocławskie mieszkanie. Z każdego kąta, z każdej szafki i szuflady można było coś wyciągnąć. Każdą najmniejszą pierdółkę trzeba było dwa razy obejrzeć i podjąć decyzję, czy idzie do pudełka, czy do śmietnika. Nie było to łatwe, ponieważ na temat przydatności niektórych rzeczy mieliśmy odmienne poglądy. Na szczęście obeszło się bez rozwodu…

W międzyczasie byłam w stałym kontakcie z administracją mojego nowego szpitala. Między innymi dzięki temu, nie musieliśmy szukać na wstępie nowego mieszkania. Na miejscu czekało na nas tymczasowe lokum, w którym mogliśmy mieszkać pół roku. Dzięki temu zyskaliśmy czas na poznanie lokalnego rynku mieszkaniowego i sposobów wynajmu lokali mieszkaniowych w Niemczech, co znacznie odbiega od Polskich realiów, a czego wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy.

W końcu nadszedł dzień wyjazdu. Z Wrocławia do naszego nowego miejsca zamieszkania jest około 800 km. Jechaliśmy dwoma autami, więc sama miałam do pokonania tak długą trasę. Po zapakowaniu najważniejszych rzeczy, czyli rowerów, części ubrań, no i oczywiście obowiązkowo wyposażenia kuchni, a przynajmniej jego części, byliśmy gotowi. Na szczęście, zdecydowaliśmy, że poczekamy z wynajęciem naszego mieszkania we Wrocławiu, aż trochę sobie ułożymy życie w nowym miejscu. Mogliśmy, więc większość rzeczy zostawić i zająć się tym później.

Droga przez niemieckie autostrady nie była męcząca. Często się zatrzymywaliśmy i robiliśmy przerwy. Po zjechaniu z autostrady, zostało nam jeszcze około 60 km drogami lokalnymi. Był to oczywiście najwolniejszy odcinek z całej trasy. Oczy same mi się zamykały i nawet skrzętnie, przygotowane wcześniej przekąski (power batoniki, czekolada, mieszanki owoców i jarmużowe czipsy) nie były w stanie dodać mi energii.

 

 

Na miejsce dotarliśmy około godziny 19, więc nie spóźniliśmy się na wcześniej umówione spotkanie z właścicielami. Mieszkali w domu na przedmieściach naszego miasteczka. Trochę to dziwne, że piętnastotysięczne miasteczko ma nawet swoje przedmieścia. Oni zajmowali cały parter, a górę wynajmowali jako tzw. Ferienwohnung. Jak się potem okazało, na przeciwko osiedla, znajdowało się jezioro z bogactwem ptactwa wodnego, ryb i otaczającym go wokół lasem. Po prostu pięknie.

Właściciele okazali się naprawdę mili i pomocni. Po zapytaniu czy może podpisalibyśmy umowę, okazało się, że nie jest nam potrzebna, a kaucja tym bardziej. „Przecież pracuje pani w szpitalu, nic się na pewno nie stanie”. Następnego dnia załatwiliśmy meldunek w urzędzie, z czym również nie było nie było żadnych problemów. Kolejne dni upływały na poznawaniu naszego miasteczka, ale też towarzyszył nam lekki dreszczyk emocji i niepewność, bo od początku października oboje zaczynaliśmy pracę.

Kamil dostał pracę w Haren. Miał dojeżdżać około 40 km, ale nie był to szczególny problem, bo w Polsce również dojeżdżał. Ja natomiast miałam rozpocząć hospitację, na szczęście płatną, więc o finanse nie musieliśmy się martwić. Bardzo cieszyliśmy się, że udało nam się to zgrać w czasie i miejscu. Hospitacja, czyli coś w formie stażu miała trwać do uzyskaania przeze mnie Approbation – niemieckiego odpowiednika naszego prawa do wykonywania zawodu lekarza.

 

 

Pierwszy dzień w szpitalu

W końcu nadszedł długo wyczekiwany, pierwszy dzień pracy. Co mnie lekko zaskoczyło? Że na początku października około godziny 7 rano nie było tu jeszcze całkiem jasno. Słońce wstaje tutaj 32 minuty później niż we Wrocławiu, ale zachodzi również o te 32 minuty później, dzięki czemu możemy cieszyć się dłuższym dniem. W domu zjadłam śniadanie, wypiłam spokojnie kawkę i ruszyłam do pracy. Miałam około 4 minuty autem. Dużo prawda? 😊

Po dotarciu na miejsce przywitał mnie pod administracją jakiś miły starszy pan, podał rękę i od razu zapytał, czy jestem ich nową lekarką. Jak się potem okazało jest on dyrektorem szpitala. Następnie zaprowadził mnie do administracji i tu zostałam chwilowo pod opieką z panem O., z którym już wcześniej kontaktowałam się telefonicznie i przy rozmowie o pracę. Zaprowadził mnie pod sekretariat, gdzie czekała już jakaś dziewczyna. Zagaiłam rozmowę i dowiedziałam się, że też zaczyna pracę tylko jako psycholog i jest z południa Niemiec. Potem zostałyśmy zaproszone na poranną odprawę lekarzy i psychologów. Miałyśmy się krótko przedstawić, co robimy i skąd jesteśmy. Na szczęście zobaczyłam znajomą twarz Oberarztin. Ze znajomych twarzy brakowało mi tylko Chefarzta i drugiego Oresarzta. Wydawało mi się, że nie ma za wielu ludzi. Początek października to szczególny czas dla Niemców, gdyż 3 października obchodzone jest Święto Zjednoczenia Niemiec (Teg der Deutschen Einheit), który we wszystkich Landach jest dniem wolnym od pracy. To był akurat dzień przed, więc wielu pracowników miało urlopy, ponieważ skorzystali z tzw. Brückentag, co u nas nazywa się przedłużeniem weekendu.

Ja miałam pracować na oddziale 8, czyli oddziale ogólnym otwartym, ale niestety na tamtą chwilę nie było na nim nikogo z lekarzy. Mieli pojawić się dopiero w drugim tygodniu października. Pracowała tam również lekarka, z którą na samym początku, jeszcze przed przyjazdem do Niemiec, rozmawiałam przez telefon. Tymczasowo zostałam przydzielona do młodego jak się na początku wydawało lekarza na oddziale odwykowym. Był bardzo miły, trochę rozmawialiśmy, pochwalił moją znajomość niemieckiego. Po odprawie była przerwa na kawkę razem z pielęgniarkami i pielęgniarzami. Na początku krótko przedstawiłam się, odpowiedziałam na kilka krótkich pytań. Następnie zajęłam się za piciem kawy i przysłuchiwaniem się rozmowom.

Hmm… pomyślałam. Czy ja dobrze trafiłam? Jakoś w brzmieniu wypowiadane przez nich zdania w niczym nie przypominały mi tych jakże dobrze znanych nagrań z Deutsche Welle, czy  Tagesschau. Z trudem wyłapywałam pojedyncze słowa jak np. dynia, potrawy, kawa, czy obiad i na tym się kończyło. W głowie huczało mi od natłoku myśli usilnie podpowiadających, żebym stamtąd uciekała jak najszybciej… Jedyne na co było mnie stać w tej chwili, to ładny uśmiech przyklejony do mojej twarzy. I gdzie te miesiące nauki, pomyślałam? Co zrobiłam nie tak?

Na szczęście przerwa dobiegła końca i zostałam z wyznaczonym mi opiekunem. Po kilku pytaniach okazał się nie lekarzem, a Physician Assistent, czyli kimś pomiędzy pielęgniarzem, a lekarzem. Ale mimo wszystko, zrobił na mnie spore wrażenie pewnością siebie i dobrym podejściem do pacjentów. Towarzyszyłam mu przy obchodzie i wtedy też dumna z siebie rozumiałam praktycznie wszystko, bo w końcu były to dobrze mi znane tematy medyczne.

Potem miałam mieć szkolenie z sytemu komputerowego, z którego korzystają w całym szpitalu. Następnie musiałam udać się do administracji podpisać umowę i jeszcze parę innych formalnych rzeczy. Na szkoleniu spotkałam się z tą dziewczyną, z którą rozmawiałam z samego rana. Trochę mi pomogła, bo oczywiście miałam problemy z hasłem i co jak powpisywać. Będąc na tym szkoleniu ciągle towarzyszyła mi myśl „Boże, co ja tu robię? Jak ja to do cholery ogarnę?” Połowy rzeczy nie zrozumiałam, bo brzmiały strasznie dziwacznie. Teraz robię to wszystko już rutynowo i nie sprawiają mi żadnej trudności. Ale wtedy byłam naprawdę przerażona. Nie miałam na szczęście za dużo czasu, aby tym się przejmować, bo zadzwonił ktoś z oddziału zamkniętego, że po szkoleniu proszą, abym tam przyszła, ponieważ mają pacjenta z Polski, który ani nie rozumie, ani nie mówi nic po niemiecku. Cudnie – pomyślałam, sama nie za bardzo ogarniam i to mnie przydałby się tłumacz, a jeszcze teraz sama mam za takiego robić.

Miałam ochotę stamtąd zwiać gdzie pieprz rośnie. Ale zrobiłam to, co zwykle, czyli zacisnęłam zęby i dzielnie udałam się na oddział zamknięty. Nagle okazało się, że nie tylko wszystko rozumiem, ale jeszcze jestem to w stanie przetłumaczyć. Miły starszy lekarz pracujący tam, bardzo podziękował mi za pomoc, że beze mnie musieliby długo czekać na tłumacza. Uwierzcie mi, w życiu chyba nie poczułam się tak doceniona i około godziny 17 przemknęło mi przez głowę, że może jednak nie będzie tak strasznie i może jakoś sobie poradzę? Zobaczymy, pomyślałam i udałam się do domu. Zjadłam obiad i byłam tak wyczerpana, że bezwiednie koło godziny 21 zasnęłam jak kamień.

Czym jest hospitacja w teorii i w praktyce oraz opis kolejnych dni i wrażeń już wkrótce.

Linki do poprzedniego i następnego wpisu z tej serii:

Rezydentura w Niemczech Część 2

Rezydentura w Niemczech Część 4

2 thoughts on “Rezydentura w Niemczech Cz.3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *