Codzienność w Niemczech – Jedzenie

Co mnie zdziwiło najbardziej po przyjeździe do Niemiec? Co jest inne, a co podobne do naszych przyzwyczajeń? O tym oraz o wielu innych rzeczach dowiecie się z poniższego wpisu.

 

Nie wiem jak Wy, ale ja zaraz po przybyciu do innego kraju, jedną z pierwszych rzeczy, które robię to udanie się na wycieczkę w poszukiwaniu jedzenia i zorientowaniu się w ofercie najbliższych sklepów spożywczych. Tu gdzie mieszkamy są to Lidl, Aldi, Penny i Edeka. Na początku poszliśmy do Edeki. Jest to sklep bardzo podobny do naszego Piotra i Pawła. Można tam znaleźć głównie produkty bardzo dobrej jakości, co siłą rzeczy przekłada się na cenę. Dla nas na tę chwilę było to trochę za drogo. Tak… na początku jeszcze wszystko się przelicza. Boże! Dlaczego pieczarki kosztują 16 zł za kilogram, a jabłka?! Istne szaleństwo… około 10-12 zł za kg jabłek, które nie zachwycały wyglądem i wielkością. Co więcej były one droższe od gruszek.

„Dobrze, może spróbujemy w tańszym sklepie?” pomyśleliśmy i dziarsko udaliśmy się do Lidla. Pierwsze co rzuciło nam się w oczy już na parkingu to starsze panie, które były tak otyłe, że ledwo mogły poruszać się o własnych siłach i opierały praktycznie cały ciężar ciała na wózkach sklepowych. Widok był co najmniej zaskakujący. Następna rzeczą, która zrobiła na nas wrażenie był parking dla rolatorów już w środku sklepu. Rolator jest to coś w rodzaju balkoniku tylko, że na kółkach. Pomaga to ludziom niepełnosprawnym lub starszym w poruszaniu się. Ale my żądni sukcesu, czyli znalezienia dobrego jedzenia za przystępną cenę, parliśmy dalej. Wtedy naszym oczom ukazały się długie rzędy lodówek po brzegi wypełnionych głęboko mrożoną pizzą i innymi „pysznościami”. Hitem okazał się głęboko mrożony, smażony ser. Owszem te produkty były naprawdę tanie, ale ceny tych świeżych, których było tam jak na lekarstwo, takie same jak w Edece. Dużą część sklepu wypełniały również słodycze i alkohol.

Teraz kupujemy w jednym z moich ulubionych sklepów, a mianowicie Marktkauf, który jest po prostu wielką Edeką połączoną z Getränke. Getränke, jest to rodzaj marketu, w którym można kupić w zasadzie tylko i wyłącznie napoje i piwo, przeważnie w ilościach hurtowych i w cenach przystępniejszych niż w normalnych sklepach. Wracając do Marktkauf, to można tam kupić chyba wszystko co się chce, łącznie z prawdziwą, polską kiełbasą, a nie jakimś tam kiełbasopodobnym Wurstem.

 

 

Moim ulubionym zakątkiem tego sklepu jest dział z serami. Ostatnio odkrytym hitem stała się ultra stara gouda. Dokładnie tak brzmi jej nazwa po polsku. Jest tak samo twarda jak parmezan, ale nie tak mocna w smaku i ma cudowny orzechowy aromat. A ceny? Po pół roku przestaliśmy po prostu przeliczać, ponieważ nie ma to już większego sensu. Tak, czy siak jest drogo, ale jak już zaczynasz zarabiać w Euro, to… nie… i tak jest drogo.

 

 

Czy wspominałam już, że po przyjeździe do Niemiec przytyłam 2 czy 3 kilogramy? Wiadomo od kiedy zaczęłam pracę mam mniej czasu. Mój dzień kończy się o 16.30 i nieraz bywam tak zmęczona, że nawet nie chce mi się  iść do domu, a na samą myśl o sporcie dostaję drgawek. Na szczęście mam ten okres już prawie całkowicie za sobą, bo do wszystkiego można się przyzwyczaić oraz lepiej się zorganizować. Teraz mam dużo więcej czasu dla siebie. Odkryłam, że w moim przypadku na zmęczenie psychiczne najlepiej pomaga bieganie, które przy okazji pozawala mi chociaż utrzymać aktualną wagę, ponieważ na szpitalnym oddziale nigdy nie brakuje słodyczy i kalorycznych przekąsek, którym ciężko się oprzeć. Codziennie rano po odprawie mamy około 20 minut przerwy na poranną kawkę, śniadanie, pogaduszki, czy krótkie przekazanie informacji od pielęgniarek, jeśli coś się działo w nocy z pacjentami. Potem o 12 jest przerwa obiadowa. Ja obiad mam zawsze ze sobą, co często wiąże się z dużym zainteresowaniem moich koleżanek z pracy. Niemal zawsze czuję na sobie ich wzrok w momencie wypakowywania lunchboxa i jego otwierania. Jednych moje kolorowe dania i sałatki wprawiają w zachwyt i podziw, a u drugich „mięsożerców” wywołują zdziwienie np. wielkością porcji. Czasami w moją stronę padają pytania czy to już wszystko i czy nie mam żadnego mięsa do tego? W zasadzie nikt poza mną nie przynosi ze sobą jedzenia z domu. Pewnie dlatego, że posiłki można zamówić na szpitalnej stołówce. Uwierzcie mi wyglądają ono 100 razy lepiej niż jedzenie w polskich szpitalach, ale ciągle nie jest to zdrowa i zbilansowana dieta. Szczególnie sosy, bez których Niemcy nie potrafią się obejść, a które wyglądają na bardzo sztuczne.

 

 

Potem o godzinie 13 przychodzi druga zmiana pielęgniarek i odbywa się przekazanie pacjentów. Omawiane są na bieżąco aktualne sprawy, nowe przyjęcia, badania, diagnostyka, itp. No i oczywiście obowiązkowa kawka no i cała kaskada słodyczy. Przez pierwsze miesiące trzymałam się naprawdę dzielnie ciągle odmawiając, ale wiadomo nikt nie jest z tytanu, więc czasem zdarzy mi się podjadać do kawki.

Otyłość w Niemczech jest chyba zresztą problemem bardzo powszechnym, co widać na ulicach. Pierwsze moje zdziwienie dotyczące ilości jedzenia, które można na raz wchłonąć miało miejsce podczas Weinachtsfeier. Co jakiś czas mamy imprezki oddziałowe, na których spotykamy się w lokalu na jedzenie i pogaduszki. Przychodzą wszyscy bez wyjątku, nie tylko pielęgniarki, czy lekarze, ale pracownicy socjalni i Oberarzt. Zazwyczaj organizowane są one w Gasthaus, czyli takich rodzinnych niemieckich restauracjach. Ja byłam nastawiona raczej na kolację z sałatkami, czy przekąskami, ewentualnie deserem. Nic bardziej mylnego.

Na początku zamówiliśmy napoje. Ja zamówiłam herbatę. Niestety pani mnie dwukrotnie nie zrozumiała i musiałam dość głośno powtórzyć ponownie. Po prostu nie jest w zwyczaju pić tutaj herbatę, więc było to trochę dziwne dla nich. Jak się później okazało, większość zamówiła imponującej wielkość kufle piwa. Ja chyba nigdy nie wypiłam takiej ilości piwa jednego wieczoru, co oni. W następnej chwili na stół wjechała kolacja. Nie tam byle jaka kolacja, ale pełne półmiski pieczonego mięsa, kaczki, kotletów i żeberek. Do tego kolejne półmiski dodatków, czyli frytek, krokiecików i kulek ziemniaczanych smażonych w oleju, maszczonych masłem ziemniaków, no i sałatek z dużą ilością sosów.

Nałożyłam sobie porcję ziemniaków, sałatki, trochę mięsa i to wszystko. A wszyscy dookoła? Jedli i jedli i pili i nakładali kolejne ziemniaczane krokieciki. Potem jeszcze był czas na słodki deser i dolewkę piwa. Większość ludzi pytała, czy źle się czuję, czy wszystko w porządku, bo prawie nic nie zjadłam. Nic dziwnego więc, że tylko nieliczna grupka ode mnie z pracy nie ma nadwagi.

W tym tygodniu byłam z kolei na tzw. Spargelessen, czyli wiosennym jedzeniu szparagów, które wszyscy tu uwielbiają i są niemalże warzywem reprezentacyjnym Emsland. Jak ja sobie to wyobrażałam? Oczywiście zupa szparagowa z chrupiącym plasterkiem boczku, sałatka szparagowa z fetą i oliwkami Kalamata, grillowane szparagi owinięte szynką parmeńską i posypane parmezanem, może szparagi z jajkiem w koszulce i sosem holenderskim?

A jak wygląda „szparagowanie” w Emsland? Zostały podane gotowane szparagi na wielkich półmiskach, jakoś specjalnie niedoprawione, potem pojawiły się smażone kulki i krokieciki ziemniaczane, sos holenderski, szynka, jajecznica osobno, potem gotowane ziemniaki i największy hit – wielki półmisek z kotletami, czyli tradycyjne niemieckie jedzenie Kartoffeln und Schnitzel. Nie powiem, byłam nieco zaskoczona i rozczarowana, ale co zrobić. Przynajmniej nie popełniłam już faux pa zamawiając herbatę. Tym razem zamówiłam wodę.

A jak się zakończyła kolacja? Oczywiście wszystko zniknęło szybciutko z podanych półmisków, a mnie zadano te same pytania co poprzednio, czy na pewno wszystko w porządku, bo zjadłam tylko 3 szparagi i kilka gotowanych ziemniaczków.

Nawyki żywieniowe Niemców to temat rzeka, ale o tych i innych różnicach już niebawem w kolejnych wpisach.

Linki do podobnych wpisów:

Codzienność w Niemczech

 

Fotografia wyróżniająca: dpa

11 thoughts on “Codzienność w Niemczech – Jedzenie

  1. A wydaje się że Niemcy to taki rozwinięty i o wiele bardziej świadomy i ekologiczny kraj niż Polska. A tu jednak szok? Czyli jednak nasz kraj nie odstaje tak bardzo. Czyli jest dobrze. Pozdrawiam

    1. Ja mogę to ocenić tylko z perspektywy życia w małym miasteczku. Ale… tak. Pod wieloma względami w Polsce jest dobrze, a nawet lepiej. Bylebyśmy nie gonili w tym złym kierunku (czyt. otyłe społeczeństwo, śmieciowe jedzenie, itp.).
      Pozdrawiam!

  2. A w moim niewielkim mieście w Polsce lokalny zakład mięsny otworzył bar z daniami między innymi na wynos. Ruch tam jest taki że już ponoć o 14 kończą im się obiady i posiłków tych wcale nie kupują tylko turyści lecz okoliczni mieszkańcy, którzy stwierdzili że gotować w domu się nie opłaca. Więc chyba jednak niektórzy w Polsce podążają w niezdrowym kierunku. Niestety. Fajny wpis i ciekawe zdjęcia. Pozdrawiam

    1. To prawda, dyskonty nie zachęcają wyglądem, ale wielu przekonują ze względu na niskie ceny. Jakość produktów często bywa poniżej oczekiwań.

  3. A ja lubie niemieckie jedzenie, chociaż w domu gotuje i nie jadam „byle gdzie”. Potrway przyrządzone na sposób niemiecki naprawdę sa dobre.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *