Jak spotkanie z Janem Chrzcicielem uchroniło mnie przed koronawirusem

Dyżur (definicja wg. art. 151 § 1 k.p.) – pracodawca może zobowiązać pracownika do pozostawania poza normalnymi godzinami pracy w gotowości do wykonywania pracy wynikającej z umowy o pracę w zakładzie pracy lub w innym miejscu wyznaczonym przez pracodawcę.

Zawsze zastanawia mnie, kto i na jakiej podstawie stwierdził, że w trakcie dyżuru pozostaje się w gotowości do wykonywania pracy. To bardzo ciekawe, bo u mnie zazwyczaj gotowość ta trwa często kilkanaście minut z 16 długich godzin, podczas których „dyżuruję”. Dla niejednego lekarza, jak również i dla mnie są one zmorą, oznaką nieprzespanych nocy oraz walki w późnych godzinach nocnych z samym sobą i opadającymi samowolnie ciężkimi powiekami, przy dokumentowaniu kolejnego przyjęcia. Podobno istnieje również druga grupa medyków, dla których z kolei jest to niekończąca się możliwość nauki w samodzielnym podejmowaniu decyzji, bliższego poznania pacjentów oraz ćwiczenia swoich zdolności dyplomatycznych. Mówię podobno, bo jeszcze na swojej drodze nie spotkałam nikogo takiego.

Wielu dyżurów na pewno nie zapomnę, choć niektórych nie chciałabym pamiętać… Na niektórych zaklinałam się, że porzucę medycynę, aby zająć się pisaniem, fotografowaniem, blogowaniem i youtubowaniem zostając tym samym kolejną mamą lekarzem z Instagrama. Co w tym trudnego? Nie mam dzieci, ale myślę, że ten malutki szczególik zostały mi szybko wybaczony, a jeśli nie, to jako dziecko zastępcze zaaranżowałabym swojego kota.

Ćwicząc fotografię przed rzuceniem medycyny…

Mając za sobą trzy lata regularnego dyżurowania nie mogę się do tego przyzwyczaić, o czym przekonywali mnie na początku kariery moi starsi koledzy. Dlaczego tak jest? Domyślam się jedynie, że jako osoba, która musi mieć kontrolę nad możliwie wieloma rzeczami, podczas dyżuru dzieje się niejednokrotnie tak wiele rzeczy na raz, że o kontrolowaniu sytuacji na wszystkich frontach mogę jedynie pomarzyć.

Czasem popijając kawę na oddziale o 3 w nocy zastanawiam się, co poszło w moim życiu źle, że siedzę w pracy właśnie o 3 w nocy. Chyba wszyscy przyznają mi rację, że nie jest to najodpowiedniejsza pora na cokolwiek poza snem. Czasem wydaje mi się, że największe kryzysy psychiczne przechodzę właśnie w nocy. A może by tak rzucić to wszystko i zacząć pracować np. w takim banku? Czy ktoś kiedyś słyszał o nocnych dyżurach bankowych? Zdecydowanie nie.

Jak już wspominałam wcześniej wielu dyżurów nie zapomnę na pewno. Ten zdarzył się parę miesięcy temu, ale emocje jakie mi wtedy towarzyszyły, na pewno pozostaną na długo. Zapowiadał się jak zwykle spokojny, jesienny dyżur… Chyba się nie daliście nabrać? Ok, godzina 19 i pierwszy telefon. Dzwoni gerontopsychiatria, czyli sąsiedni oddział, na którym często bywałam w ramach codziennej pracy. – Dzień dobry pani doktor, my tu mamy takiego pacjenta, trzeba spojrzeć tylko na wyniki badań, bo właśnie przyszły. – Dobrze, zaraz przyjdę –  powiedziałam bardzo zadowolona, że nie wydarzyła się właśnie katastrofa, wypadek na oddziale i że wszyscy jak na razie żyją. Podczas każdego dyżuru przyświeca mi jeden cel: Wszyscy muszą przeżyć. Oczywiście w miarę możliwości. Ze mną na czele ma się rozumieć…

Wypatrując snu

Idę na oddział pełna optymizmu, załatwiam sprawę, rozmawiam z pielęgniarkami i słyszę od jednej – Pani doktor, ta jedna pacjentka mi się wcale nie podoba, od paru dni dostaje leki dożylnie, ale wcale jej się nie polepsza, a jest nawet gorzej. Jest słaba strasznie, wcześniej to chodziła po oddziale i aktywna, a dzisiaj tylko śpi i gorączka rośnie. Szybki rzut oka na diagnozę i leczenie: acyklowir i ceftriakson, podejrzenie zapalenia opon mózgowych, komórki w płynie mózgowo rdzeniowym… Już powinno być lepiej myślę sobie – Dobrze idę ją zbadać, jakieś jeszcze objawy? Kaszel? Może zapalenie płuc jak już długo leży? Kalkuluję szybko w głowie. Podobno nic więcej. Idę. Wyposażona w maskę i scrubsy jak to w pandemii na geronto i idę do boju. – Dzień dobry, przyszłam panią zbadać, jak się pani czuje? – Oczywiście pacjentka odłożyła aparacik słuchowy na noc i już nic nie słyszy. Nachylam się więc i krzyczę – Proszę się podnieść, muszę panią zbadać!! Udało się, pomagam pacjentce wstać do pozycji siedzącej po czym w tym momencie słyszę cudowny, produktywny kaszel z odkrztuszaniem. Nie musiałam praktycznie stetoskopu przykładać, żeby usłyszeć patologiczne furczenia i rzężenia, charakterystyczne przy zapaleniu płuc. Cudnie. Przynajmniej nie koronawirus, pomyślałam sobie. Przecież wszyscy pacjenci są przy przyjęciu testowani, personel raz w tygodniu i nikt nie ma objawów. Na pewno to normalne zapalenie płuc. Dobra, stan pacjentki się pogarsza, saturacja nie zachwyca, a gorączka rośnie, trzeba zmienić antybiotyk i uzupełnić diagnostykę, czyli trzeba pacjentkę przełożyć na internę.

Szybko znalazłam numer do szpitala, a pielęgniarzom zleciłam jeszcze wykonanie szybkiego testu na koronawirusa, tak tylko dla formalności, po czym zadzwoniłam, aby omówić przełożenie – Dobry wieczór chciałam przekazać pacjentkę… (odczytałam tutaj całą litanię objawów), koronawirus? Testowaliśmy pacjentkę przy przyjęciu, a u nas nikt z personelu absolutnie nie ma koronawirusa. Ale oczywiście zrobimy szybki test przed przekazaniem. Uff, szybko poszło – pomyślałam. Jest jeszcze szansa na spokojny dyżur. 2 minuty później telefon z oddziału – Pani doktor, ten test jest bardzo pozytywny… Właśnie przez głowę przeleciały mi wszystkie znane przekleństwa w języku polskim i niemieckim. Jeszcze przed chwilą zapewniałam koleżankę lekarkę w innym szpitalu, że na bank test będzie negatywny. Dzwonię jeszcze raz, odwołując całą sprawę i przekazuję pacjentkę do szpitala z wolnymi łóżkami na oddziale koronawirusowym. No i wdrażam kwarantannę całego oddziału gerontopsychiatrii – cudnie. Poinformowałam ordynatora dyżurującego. Kupa roboty, ale psychiatria nigdy nie zasypia… Telefon. Lekarz z karetki – Dobry wieczór mamy takiego pacjenta, znany już u państwa, na policji właśnie jesteśmy bo kradł przedmioty sakralne z kościoła. Wierzy, że jest uczniem Jana Chrzciciela i jest wybrańcem, który zbawi świat. Narkotyki? Nie nic mi nie wiadomo. Alkohol? Nie, chyba nie… No, ale trochę niespokojny się robi, przywieziemy do pani dobrze? – Pewnie. Jeszcze tego brakowało. Wykorzystuję resztę czasu i dokumentuję przypadek pani z koronawirusem itd. 20 minut później słyszę od sanitariusza karetki – Bo wie pani ten pacjent, którego zameldowaliśmy, to ma kolegę, to ten Jan Chrzciciel. To oni razem kradli święte przedmioty z Kościoła. Też taki trochę niespokojny, możemy przywieźć? Pewnie. Przywieźcie jeszcze Maryję z Józefem, 3 króli, 12 apostołów i Piłata, to wystawimy w szpitalu sztukę pod tytułem „Żywot Jezusa na benzodiazepinach“ oraz „Ostatnia wieczerza przed odwykiem“. Ale wszyscy najpierw ładnie zrobią siku na test narkotykowy.

Pracując na dyżurze

Po tych dwóch telefonach całkowicie przestałam wierzyć w to, że się dzisiejszej nocy położę. Godzina 22. Dwa przyjęcia w drodze. Ale nie ma tego złego, bo przecież w karetce jadą już do mnie Jezus z Janem Chrzcicielem. Może przynajmniej będę ochrzczona oraz uda się coś zrobić w kwestii mojego zbawienia? Na oddziale geriatrycznym musiałam dokończyć jeszcze organizację przełożenia pacjentki, a ze względu na pozytywny test trwało to trochę dłużej niż zazwyczaj.

W międzyczasie do Kliniki przybyli już oczekiwani pacjenci VIP. Zadzwonił do mnie pielęgniarz z oddziału ostrego. Zapytałam, czy sytuacja wymaga natychmiastowej interwencji. – Nie, ale raczej się pospiesz. Świetnie, gdybym tylko mogła się rozdwoić…

Jakieś pół godziny później uradowana wysłaniem pacjentki na właściwy dla niej oddział pomaszerowałam na oddział ostry.

Pewne psychiatryczne diagnozy można rozpoznać od razu. Tak też było i teraz. Po przekroczeniu progu pokoju zobaczyłam pacjenta w manii. – Dzień dobry co pana do nas sprowadza i jak się pan czuje? – No jak to co, ja jestem właścicielem tego szpitala, ja tu rządzę. Bo wie pani ja jestem TYM wybrańcem, który ma nakarmić biednych oraz wprowadzić równość i sprawiedliwość na świecie. To ja urodzony w światłości pomogę temu światu… No tak, mania wielkościowa z urojeniami. Pacjent pobudzony, niespokojny. Dobra, żeby tylko mi się tutaj nie zrobił agresywny. Czy wspomniałam już, że dyżury doskonalą umiejętności dyplomatyczne? – Dobrze, rozumiem niech mi pan opowie o tej swojej misji. Po pół godzinnej rozmowie, pacjent zaproponował mi posadę głównej szefowej w jego centrum zdrowia. – Bo pani mnie rozumie i naprawdę dobrze się z panią doktor rozmawia. Pacjent wziął leki zgodnie z zaleceniem i położył się spać. Ufff…

Dobra następny. Wchodzę do pokoju, pacjent pod kołderką, siedzi na łóżku. – Dobry wieczór, chciałam pana przyjąć na oddział. – STOP! – Stanęłam i czekam –  Jam jest Jan Chrzciciel. Ma pani naprawdę pozamykane kanały energetyczne… Zła, zła energia pełna sceptycyzmu… ale ja pani pomogę… Aha. Tutaj mamy innego rodzaju problem. Po 20 minutowym wykładzie o energii, czakrach, religiach tego świata, duchowości tego pana i mojej zerowej duchowości, również drugi pacjent położył się spać. Ten leków nie wymagał.

Już o północy zabrałam się do dokumentowania i pomyślałam sobie, że naprawdę jestem zmęczona. Napełniając kubek kawą, uśmiechałam się do siebie serdecznie. W sumie nie tak źle. Wszyscy żyją, mamy tylko mały kryzys pandemiczny na geriatrii, poznałam Jezusa i Jana Chrzciciela oraz zdołałam uchronić swoje kanały energetyczne przed otwarciem…

Byle do rana i poszłam spać.

6 thoughts on “Jak spotkanie z Janem Chrzcicielem uchroniło mnie przed koronawirusem

  1. Super wpis. Uśmiałam się jak nigdy, chociaż wiem przecież, że wtedy na dyżurze w nocy nie było tak fajnie. Z niecierpliwością czekam na inne kwiatki tego rodzaju. Żałuję też odrobinę, że sama nie mam podobnych znajomości. Nawet jednego malutkiego Świętego. Ha ha….

    1. Czasem nawet na dyżurze uśmiecham się do siebie w środku, bo inaczej ciężko byłoby to przetrwać 🙂 humor to podstawa w tym zawodzie ! 🙂

  2. Uwielbiam takie dyżurowe opowieści 😉 ciężko mówić o nudzie w Twojej pracy, nigdy nie wiesz kogo tym razem spotkasz 😀 chociaż wiem, że w środku nocy takie dyskusje niekoniecznie są tym, o czym się marzy 😉 patrząc z perspektywy czasu, wybrałabyś dzisiaj inną specjalizację?
    Pozdrawiam serdecznie,
    Karolina.

    1. Karolina to prawda! W mojej pracy nie ma mowy o nudzie. Najlepszą nagrodą jest to, kiedy pacjent mówi, że czuje się lepiej niż przed przyjęciem i dziękuje za pomoc lub po pobycie w szpitalu wyraża wdziędzność. Nigdy nie żałowałam wyboru specjalizacji i na pewno nie wybrałabym innej 🙂 Poza tym w Niemczech zawsze stoi do dyzspozycji wentyl bezpieczeństwa w postaci zmiany specjalizacji na całkowicie inną, nawet po skończeniu tej pierwszej. Różnica jest taka, że na tej drugiej zarabiasz już jako specjalista.
      Pozdrawiam
      Ania- LekarzOdKuchni

  3. Bardzo śmieszny wpis. Najbardziej rozbawiła mnie ta część z Janem Chrzcicielem, a to, jak koronawirus się prześlizgnął bardzo mnie zaskoczyło.

    1. Dzięki za komentarz, cieszę się, że wpis się podobał 😊😍 zapraszam na kolejne wpisy w przyszłości 🤗☺️

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *