Psychiatria od kuchni, czyli opowieści z życia już nieco starszej lekarki

Często, kiedy w domu spędzam nieco więcej czasu, np. podczas urlopu, czy jak teraz świąt, mam trochę czasu, aby porozmyślać i nieco inaczej spojrzeć na moje życie zawodowe. Ostatnio właśnie doszłam do wniosku, że moja praca potrafi być bardzo zabawna i bardzo często pouczająca. Będąc psychiatrą pracującym w szpitalu (podejrzewam, że na innych specjalizacjach jest podobnie), należy wykazać się spontanicznością i szybkością reagowania, pomaga również odrobina humoru i asertywności, co zdecydowanie przydaje się również podczas dyżurów. Dlatego też mój dzisiejszy wpis poświęcę właśnie nietuzinkowym sytuacjom, z którymi spotkałam się, dyżurując przez ostatnie dwa i pół roku.

Za dobry humor w dużej części odpowiada u mnie czekolada

Nieraz już pisałam, że naprawdę nie przepadam za 24-godzinnymi dyżurami. Mimo to zdaję sobie sprawę, że właśnie dzięki nim mogłam zobaczyć wiele sytuacji, z którymi prawdopodobnie nigdy nie zetknęłabym się podczas codziennych obowiązków na oddziale. Niemniej jednak do takiego trybu pracy nie jestem w stanie w żaden możliwy sposób przywyknąć. Przecież każdy człowiek musi kiedyś odpocząć. Nie jestem w stanie powiedzieć, w jakim jeszcze zawodzie oczekuje się od pracownika 100% wydajności przez 24 godziny… Kiedyś ktoś bardzo mądry, znający dyżurowe realia określił, że od godziny 17 do godziny 8 lekarze psychiatrzy nie dyżurują, a są w gotowości do pracy. Ale nie oszukujmy się… Będąc jedynym lekarzem w ogromnej klinice, liczącej około 8 – 9 oddziałów łącznie z gerontopsychiatrią i psychiatrią sądową, które znajdują się w kilkudziesięciu różnych budynkach, rozciągających się w odległości ok. 1 km, tego spokoju naprawdę nie ma lub jest go naprawdę niewiele. Owszem zdarzają się dyżury, że można pospać nieprzerwanie parę godzin. Jednak w 90% przypadków praca jest cały czas. Czasem na oddziale, czasem są to nowe przyjęcia.

Mnie osobiście, będąc wyrwaną z niespełna godzinnego snu, po wcześniej przepracowanych 15 godzinach, pozbieranie myśli przychodzi z wielkim trudem. Zazwyczaj po odebraniu telefonu w takich właśnie okolicznościach nie tylko nie wiem nawet z kim i o czym rozmawiam, ale również potrzebuję chwili, aby odpowiedzieć sobie na wcześniej zadane pytanie „Gdzie ja do cholery jestem?”. Często wybudzona właśnie w taki sposób mam wrażenie, że moje myśli, na co dzień szybkie niczym pociąg TGV, wloką się powoli niczym składy TLK. Do tego zazwyczaj nikt nie dzwoni do mnie w celu ucięcia sobie sympatycznej pogawędki, tylko z konkretnym pytaniem, w konkretnej sprawie, w której muszę podjąć konkretną decyzję. Zawsze cieszę się jak dziecko, kiedy takie sprawy można załatwić szybko przez telefon i mogę wrócić do snu. Czarna rozpacz nadchodzi, gdy dzwoni lekarz z karetki… Wtedy wiadomo, że czeka mnie murowane przyjęcie i powoli można opuszczać ciepłe legowisko.

Kiedy z utęsknieniem wypatrujesz końca dyżuru, a on nie nadchodzi…

O tak nowe przyjęcia. Nowi pacjenci na psychiatrii. To jest naprawdę temat rzeka… A to co ludzie czasem robią, czy jak się zachowują, naprawdę ciężko przewidzieć. I nie mówię, tu o ludziach chorych na depresję, czy schizofrenię. Chodzi tu raczej o pacjentów, młodych ludzi, którzy spożywają alkohol, narkotyki, czy też to, co aktualnie wpadnie im w ręce. I jakież przeżywają potem zdziwienie, że wylądowali na psychiatrii.

W jednym ze skeczów Monty Pythona pada stwierdzenie, że nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji. Hmm… Może za ich czasów psychiatria była spokojniejsza?

Dyżur piątkowy, godzina 23.00

Telefon dyżurny wydaje radosny dźwięk, pani z recepcji szpitalnej powiadamia mnie, że czeka mnie rozmowa z lekarzem z innej kliniki psychiatrycznej. Oho, szykuje się propozycja przekazania pacjenta. No to już pozamiatane, spokojny dyżur się skończył. Oby do rana…

Dzień dobry pani, mam tu u mnie takiego pacjenta, od około tygodnia mieszka właściwie w mieście niedaleko pani kliniki, więc należy raczej do waszego rejonu odpowiedzialności. Pytam więc, co mu dolega, pacjentowi oczywiście, chociaż czasami zapytałabym chętnie o to samo dzwoniącego lekarza… Przyjechał tu z policją i grozi, że zabije swoją byłą dziewczynę, bo go zostawiła i odeszła z innym. Ze względu na możliwe zagrożenie dla innych, zdaniem lekarza dyżurnego sąsiedniej kliniki, ten pacjent wymaga dalszego leczenia psychiatrycznego. Ok, mówię, niech go pan przyśle.

Jakieś pół godziny później pacjent zjawia się na miejscu UWAGA… taksówką. Jak to taksówką, pytam dwa razy pielęgniarza, który mi zgłosił, że pacjent już jest. Ok idę go przyjąć i zbadać.

Czytam dokumenty i króciutki wypis z sąsiedniego szpitala. Pacjent w sumie w moim wieku, ale im dalej w las tym ciekawiej myślę sobie… W wieku 15 lat skierowany do więzienia, celem odbycia kary pozbawienia wolności – 7 lat, za pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Zwolniony parę lat temu.

Ze względu na koronawirusa, musimy rozmawiać i badać pacjentów w ich pokojach, a nie w pokoju zabiegowym, czyli tam gdzie byliby pielęgniarze. W nocy na ostrym oddziale przeważnie jest 3 pielęgniarzy, czasem 2. Wtedy było 2, ale nie mogłam poprosić nikogo z obecnych, żeby towarzyszyli mi przy badaniu pacjenta, bo wiadomo – koronka.  

Czyli podsumowując: będąc sama, przeprowadzam wywiad lekarski o północy, w na wpół pustym szpitalu, z facetem 3 razy większym ode mnie, który siedział za pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Rewelacja. No, ale widzę, że pacjent jest spokojny, w ogóle nieagresywny, miły w kontakcie, na pewno nie ma objawów psychotycznych, więc zachowuję zimną krew. Na wszelki wypadek zajmuję miejsce niezbyt daleko drzwi wyjściowych, a odpowiedni duży odstęp usprawiedliwiam koroną.

Będąc kobietą masz na psychiatrii przewagę.

Tego nauczyłam się już nieraz. Będąc kobietą działasz od razu deeskalująco, uspokajająco na większość pacjentów. Takie są przynajmniej moje doświadczenia.

Co pana sprowadza do nas? Spytałam przyjaźnie, aczkolwiek stanowczo.

Wie pani co, kobieta mnie zostawiła, ukradła wszystkie meble z mieszkania, odeszła z innym. To było już jakiś miesiąc temu. Byliśmy razem jakieś 7 lat, od mojego wyjścia z kicia. Od jakichś 2 tygodni mam takie niepokojące myśli, że ją po prostu zaje… to znaczy zabiję, jak tylko zobaczę. Jeszcze su… moje auto zabrała. No co ja mam innego zrobić? W więzieniu, brałem udział w terapii. Nauczyli mnie, że po prostu wybuchowy chłopak jestem. Mówiliśmy dużo o emocjach i o tym, jak je rozpoznawać. To je rozpoznaję. Jestem mega wkur…

Nauczyłem się też rozpoznawać takie stany i zanim przemienię swoje myśli w czyny, mam się zgłosić i poszukać pomocy. No to jestem. Tylko nikt nie wie, co ze mną zrobić. Wie pani byłem już tydzień w innej klinice, chciałem podleczyć swoje uzależnienie. Kiedyś dużo mety brałem, teraz znowu raz się przytrafiło. Nie chcę do tego wracać. Ale oni w tej klinice chcieli mnie wypisać i żebym się zgłosił planowo na leczenie odwykowe jakoś za 3 miesiące. Chcieli mnie siłą wypisać. No to ja powiedziałem słuchajcie: jak mnie ktoś tknie, to po prostu kolana poprzetrącam…. No bo wie pani, ja chciałem zostać na to leczenie. Dobrowolnie. Nie chcę znowu do paki wrócić, bo jakiś głupot na haju narobiłem… Na co oni wezwali policję. 7 policjantów mnie wyprowadzało, wie pani ja to spokojny byłem.

Kiedy to było pytam nieśmiało. No dzisiaj rano, policja też nie wiedziała co ma ze mną zrobić. I tak cały dzień to trwało, aż trafiłem do kolejnej kliniki i teraz tutaj do pani.

I chce mi pan powiedzieć, że dzisiaj rano wyprowadzało pana 7 policjantów, a ja tu teraz stoję sama i z panem rozmawiam? Spytałam pewnie. Wie pani co, pani doktor, jak się ze mną rozsądnie rozmawia, to ja się rozsądnie zachowuję. Wie pani, ja to chcę normalnie żyć. Ale potrzebuję pomocy no i jestem.

A pani teraz ze mną porozmawiała dłużej niż jakikolwiek lekarz w ciągu ostatniego tygodnia jak byłem w szpitalu. Dziękuję.

Przeważnie mam już wewnętrzny radar, który bardzo głośno pika, jak sytuacja się zmienia, jak pacjent może stać się nieobliczalny, czy niebezpieczny. Teraz żadnego pikania nie było.

Jednak w tym momencie zrobiło mi się jakoś tak dziwnie i pomyślałam, że gdyby coś się mu nie spodobało, to ja nie za bardzo miałabym szansę jakkolwiek zareagować. No cóż… taka praca.

Owego pacjenta zbadałam, wszystko należycie udokumentowałam w naszym szpitalnym systemie i udałam się bardzo spokojna i zadowolona z siebie do pokoju dyżurnego i łóżka. Na szczęście do rana obyło się już bez telefonów.

5 thoughts on “Psychiatria od kuchni, czyli opowieści z życia już nieco starszej lekarki

    1. Akcja jak z powieści kryminalnej. Trzyma w napięciu. Proszę o więcej takich wpisów. Nie to, żebym chciała by Panią takie historie spotykały częsciej

  1. Dzień dobry. Słyszałam, że postępowanie diagnostyczne i lecznicze w Niemczech jest dość algorytmiczne. Czy jest tak również w psychiatrii? Jaka jest dowolność w doborze leków?

    1. To prawda, do wszystkich chorób mamy tzw. Leitlinie, czyli niemieckie wytyczne do diagnotyki i leczenia chorób. W psychiatri są wytyczne do leczenia depresji, choroby afektywnej dwubiegnowej, schizofrenii, a także PTSD, zaburzeń osonowości itd. Są to jednak zalecenia, dowolność jest spora. Często leczymy też pacjentów Off-Label. Pozadrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *