Jak nadal nie ogarniam życia…

Pamiętacie mój wpis sprzed dwóch lat jak pisałam o tym, że nie ogarniam życia? Dzisiaj będzie podobnie, czyli o tym, jak już trochę nauczyłam się żyć, żeby nie zwariować, choć to nie koniec nauki…

Po pierwsze: co zmieniło się przez ten czas? No trochę się zmieniło… Poza tym, że jestem ciut starsza, to widziałam jak dziwni potrafią być ludzie i nie mam tu bynajmniej na myśli swoich pacjentów, a ludzi, których spotykam poza pracą, a którzy sprawiają wrażenie, jakby chwilę temu zbiegli z izolatki oddziału zamkniętego psychiatrii. Za mną również trochę szkoleń z psychoterapii, którym prawdopodobnie zawdzięczam to, że pomimo tego całego otaczającego nas cyrku zwanego życiem, nie pogrążyłam się w czyhającej tuż za rogiem depresji lub nie trafiłam do własnego szpitala, tym razem w roli pacjenta.

Pamiętajcie, że sen jest bardzo ważny…
…a codzienna joga uspokaja zszargane nerwy

Po drugie: jeżeli oczekujecie, że ten tekst traktował będzie o tym, jak to wieczorami namiętnie ćwiczę Tai Chi, czy też próbuję odnaleźć równowagę w swoim życiu w jakikolwiek inny, mniej lub bardziej mistyczny sposób, to radzę jak najszybciej opuścić tę stronę, bo gorzko się moi drodzy rozczarujecie. Ale patrząc na to z innej strony, to przecież od psychiatry oczekiwałoby się wrodzonego lub też przynajmniej wyuczonego spokoju, no i tej uniwersalnej mądrości, która niczym czarodziejska różdżka potrafiłaby rozwiązać wszystkie życiowe problemy, a jeśli nie, to przynajmniej wskazać alternatywną drogę. Jednak rzeczywistość jest zdecydowanie inna. Teoria jest dobra i wszyscy psychiatrzy ją znamy, tylko jak ją przenieść w rzeczywistość? Kiedyś usłyszałam takie stwierdzenie, że teoria objawia się wtedy, kiedy wszyscy wszystko wiedzą, ale nic nie działa. Natomiast o praktyce mówi się wtedy, kiedy wszystko działa, ale nikt nie wie dlaczego. Tak więc my jako specjaliści musimy łączyć teorię z praktyką, czyli nic nie działa i nikt nie wie dlaczego…

Jak stworzyć tę mityczną harmonię Life-Work-Balance? Ja jeszcze do końca nie wiem, ale uważam, że wykonałam już duuuże postępy. Jakoś rok temu zdecydowaliśmy się przeprowadzić do Drezna i zmienić nieco nasze życie. W swojej poprzedniej pracy doszłam do takiego momentu, w którym już nie było odwrotu. Po prostu pewnego dnia napotkałam na swojej drodze ścianę, której to nie mogłam ani ominąć, ani przeskoczyć. Poza tym miałam wrażenie, że jak czegoś nie zmienię, to się uduszę. Wydawało mi się, że wszystko, ale to absolutnie wszystko, jest źle. Nie miałam czasu na nic, byłam strasznie zmęczona, dużo dyżurowałam oraz jeździłam na szkolenia. Na oddziale, na którym pracowałam bardzo brakowało mi wsparcia mądrego ordynatora. Czułam się jak ryba, którą fale wyrzuciły na brzeg, bez dostępu tlenu i możliwości wpłynięcia na zmianę swojej obecnej sytuacji. Pamiętam jak dziś, kiedy wstawałam rano już wściekła na cały świat. Miałam wrażenie, że tylko uwolnienie się od tego miejsca, jak na przykład przeprowadzka, pozwoli mi uwolnić się od tego uczucia.

Na szczęście wszystko zdołaliśmy jakoś poukładać w czasie i padła decyzja. Drezno!

Kolejny raz Drezno nocą, bo doba jest za krótka…

Od teraz wszystko miało być spokojniejsze, bardziej poukładane, harmonijne. Czasu miało też być więcej. Czy tak się stało? Oczywiście, że nie. Owszem moja praca na oddziale jest spokojniejsza, mam świetną ordynatorkę, ale za to dyżury dalej dają nieźle w kość. Szkolenia – mimo, że ogromnie potrzebne wcale nie stały się rzadsze, czy mniej intensywne. Do tego utrzymanie mieszkania w stanie balansującym na granicy względnego porządku oraz względnego syfu również nie stało się łatwiejsze. Ku mojemu rozczarowaniu ilość prania, czy kurzu jakoś cudownie się nie zmniejszyła. No, a coś zjeść też by wypadało. O sporcie już nawet nie wspominam. Czasami poziom mojej motywacji wystrzeliwuje w górę, co też wykorzystuję na kilka dni treningów pod rząd, po czym przechodzę do trybu wahadłowego, czyli praca-dom. No chyba, że pod sport podciągnę zabawę z kotem przez kilkanaście minut dziennie. Nie pamiętam kiedy ostatni raz przeczytałam normalną książkę, bo tych z literatury fachowej już nawet nie liczę. Blog ostatnio też leży odłogiem, mimo że pisanie sprawia mi naprawdę dużo przyjemności. Nie jestem pewna, czy realnym jest znalezienie wystarczającej ilości czasu na to wszystko.

Czasem znajdzie się czas na przejażdżkę rowerową

Ale zaraz zaraz…. Czy kiedykolwiek, ktokolwiek powiedział, że ja MUSZĘ to wszystko robić? Przecież nikt, poza samą sobą, mnie do tego nie zmusza. Kto powiedział, że każdy posiłek musi być pełnowartościowy z odpowiednią ilością błonnika, witamin, dobrych tłuszczów i innych pierdół? Nie słyszałam też nigdy od nikogo, że zawsze muszę pracować na 100% swoich możliwości. Czy ktoś za mnie podnosi rękę, kiedy ktoś kto miał zrobić dzisiaj dyżur, rozchorował się i ktoś się musi zgłosić na ochotnika? Czy w mojej umowie o pracę widnieje zapis jasno mówiący „Co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj”? Nie. Otóż jedynym miejscem, gdzie jest to zapisane grubym drukiem, to tylko i wyłącznie nasza podświadomość. Zawsze warto przemyśleć motywy naszych działań i decyzji. Co nas napędza i dlaczego? Jakie mamy plany? Jak chcemy być widziani?

To wszystko wpływa na nasze decyzje i konkretne działania. Co jeśli nie zgłoszę się do kolejnego dyżuru na ochotnika? I tu się zaczyna cały ciąg dalszych analiz, np.: to mogłoby znaczyć, że jestem niekoleżeńska, że nie daję rady, przecież nie mam dzieci to mogę pracować, że jestem leniwa, że coś innego niż kariera jest dla mnie ważniejsze, że jestem kobietą i może nie daję rady… Dobrze, inni tak może i pomyślą, może i nie. I co z tego? W takiej sytuacji staram siebie postawić w roli dwóch jednocześnie sprzecznych, jak i uzupełniających się osobowości, niczym Yin i Yang. Przezorna ja mówi: To osłabi na pewno twoją pozycję w szpitalu. Być może przez to nie przedłużą ci umowy oraz wystawią niepochlebne świadectwo pracy, przez co potem będziemy mieli problemy finansowe, efektem czego będzie utrata mieszkania i problemy rodzinne (najgorsze co się stanie z kotem w razie ewentualnego rozwodu). Natomiast ta psychoterapeutyczna część mnie w tym czasie zaczyna wrzeszczeć: Hola hola Bejbe! Chyba się troszkę zagalopowałaś w tych swoich rozkminkach, co?! To tylko głupi dyżur nie? Spójrz na to z innej strony. Jakby każdego wywalali za takie pierdoły, to chyba nikt by tu już nie pracował. Do tego ktoś nie chce go robić, bo nie pasuje jej/mu akurat ten termin. A czy tobie on pasuje? Czy słowo „NIE” przejdzie ci w ogóle przez gardło? Zastanów się co, zamiast tego kolejnego dyżuru, mogłabyś w tym czasie zrobić?

No jak to co? Wypróbować nowy obiektyw, poczytać jakąś książkę, a przede wszystkim wyspać się w końcu, ugotować pyszny obiad, pobyć po porostu w domu i nałożyć maseczkę na twarz!

Bardzo często prowadzę takie zwariowane dialogi, żeby sprawdzić, co jest tak naprawdę w danej sytuacji moją prawdziwą motywacją i czy jest ona słuszna. Nie zawsze oczywiście wynik takiej dysputy do końca mnie zadowala. Często jeszcze moja wewnętrzna, niedoświadczona psychoterapeutka przegrywa z kretesem, ale każdą porażkę jest w stanie przekuć w przynajmniej częściowe zwycięstwo, bo tego typu doświadczenia są niesłychanie ważne, jeśli mówimy o dalekosiężnych efektach pracy nad sobą.

Również związek z drugą osobą daje ci ogromne wsparcie w życiu, no chyba, że aktualnie kłocicie się o domowe obowiąki…

Dlatego też nauczyłam się też czasem odpuszczać w codziennych sytuacjach w pracy i po prostu nie spalać się do cna. Nie zawsze muszę udowadniać innym, że jestem najlepsza i zawsze mam rację. Wystarczy przecież, że sama to wiem. 😊 Praca w medycynie, a szczególnie w psychiatrii uczy mnie też często, że nie zawsze musimy ratować cały świat, bo często mimo najszczerszych chęci jest to po prostu niemożliwe. Czasem jedyne co da się zrobić, to zaakceptować stan rzeczy taki jakim jest.

Uważam, że psychoterapia powinna być obowiązkowa dla większości lekarzy, szczególnie dla tych pracujących w szpitalach. Może nie w pełnym wymiarze, ale (ze względu na czas) w nieco ograniczonym. Tuż po studiach jesteśmy nastawieni bardzo zadaniowo, żeby w każdej sytuacji reagować, bo do tego jesteśmy przez 6 lat tresowani. Jednak bardzo ważna jest nauka akceptacji, odpuszczania w pewnych sytuacjach, nawet jeśli jest to bardzo trudne. Ja ciągle nad tym pracuję, bo do tego zmuszają mnie pacjenci. Samą moją własną chęcią nie jestem w stanie wyleczyć wszystkich.

Próbuję przekładać to również na swoje własne życie. Kiedyś miałam ogromne poczucie winy i porażki, kiedy coś mi się nie udało lub też jak nie wykonałam swojego wcześniej założonego planu w 100%. Nieważne, czy była to nauka, sport lub inne plany. Teraz uczę się ciągle akceptować swoje gorsze i lepsze dni.

Zdrowa dieta to podstawa 🙂

Przekładam czasem terminy, robię listy najważniejszych rzeczy, ustanawiam najważniejsze dla mnie w tym momencie priorytety. Oczywiście nie zawsze mi się to udaje. Przykład? W tamtym tygodniu, w samych nerwach wracałam z Warszawy, jak najszybciej się dało, z imprezy rodzinnej, ponieważ wzięłam dyżur, którego koleżanka nie mogła zrobić ze względu na chorobę, a obsada szpitala, że tak powiem, się wzięła i wykruszyła.

Potem jednak nieco zła na siebie, z całą asertywnością przesunęłam wtorkowy dyżur, no bo ileż można w końcu.

Przez ten czas nauczyłam się formułować i wyznaczać własne granice. Bardzo przydatne w zawodzie lekarza i nie tylko.

Nauczcie się i wy lekko odpuszczać, a zobaczycie, że nic takiego się nie stanie. Zmykam na trening, a potem nałożyć maseczkę na twarz! Oczywiście nie ochronną, a tę nawilżającą…

5 thoughts on “Jak nadal nie ogarniam życia…

  1. Cykl „Jak nie ogarniam życia” jest zdecydowanie moim ulubionym! Świetnie opisujesz przygody i trudności dnia codziennego, sama mogę się z łatwością odnaleźć w kilku fragmentach 🙂 Będę śledzić kolejne wpisy

    1. Dzięki za dobre słowo! Na pewno powstanie więcej takich wpisów bo chyba tak szybko nie nauczę się jak ogarniać życie, a jeśli to się stanie do dam znać ! 😉

  2. Tak, czasami trzeba sobie odpuścić i zaakceptować to, że nie wykonało się planu tak, jak się go chciało wykonać. Nie jesteśmy robotami, tylko ludźmi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *