Lepszy Mały na Zachodzie, czy Duży na Wschodzie? Który szpital lepszy?

No i stało się… Po raz kolejny praca i wszystko co z nią związane, czyli szkolenia, dyżury i pisanie opinii sądowych, zaczęła grać w moim życiu główne skrzypce. Miało to oczywiście również odzwierciedlenie w postaci mojej aktywności na blogu, a raczej jej braku. Na szczęście wróciłam już do żywych i korzystając z wolnego weekendu oraz podbudowana dużą ilością pytań m.in. odnoście pracy na psychiatrii, które od Was dostaję, postanowiłam napisać nowy wpis.

Dzisiaj chcę się skupić na różnicach pracy w Niemczech zachodnich i wschodnich, jak i na porównaniu pracy w małym i dużym szpitalu. Napiszę też trochę o tym jak wygląda obecnie moja praca.

Wiele się u mnie zmieniło od czasu, kiedy pod koniec 2017 roku wyjechałam z Polski. Pierwsze miesiące na psychiatrii zaczynałam od hospitacji. Początki, jak to zwykle bywa, nie należały do najłatwiejszych, szczególnie językowo mimo, że jeszcze przed wyjazdem miałam zdany egzamin Goethego na poziomie C1. Największe trudności miałam w rozumieniu tego co mówią inni. To czego się uczyłam na kursach, czyli jak powinno się poprawnie mówić po niemiecku, „nieco” odbiegało od potocznego języka, którym jak na złość posługiwali się wszyscy dookoła. Nikt mnie nie nauczył znaczenia powszechnych i jakże często tu używanych powiedzeń, przez które język niemiecki pisany, niezwykle różni się od tego codziennego, czyli potocznego. W języku polskim nie potrafię stwierdzić, aż tak ogromnych różnic, między tym w jaki sposób rozmawiamy między sobą, a co możemy np. przeczytać w gazecie, czy książce. Czasami mam wrażenie, że niektórzy są w stanie tutaj wyrazić własne myśli korzystając tylko i wyłącznie z przysłów i powiedzeń. Na szczęście z biegiem czasu czułam się coraz pewniej podczas rozmów z pacjentami, jak i z kolegami w pracy.

Drezno

Swoją pierwszą pracę podjęłam w Niemczech zachodnich, w niewielkim szpitalu położonym w małym miasteczku w Emsland, co jak się później okazało, było strzałem w dziesiątkę przez to, że koleżanek i kolegów pochodzących zza granicy nie brakowało. Nie czułam się wyobcowana, zawsze można było z kimś pogadać o swoich problemach, czy trudnościach. Większość ludzi jest tam bardzo otwartych, a więc o przyjaźnie nie było trudno. Częste spotkania przy kawce z psycholożkami, pielęgniarkami, czy nawet z szefem klinki były codziennością. Mój szef poza tym mówił otwarcie, że potrzebuję tylko trochę czasu i bariera językowa nie będzie dla mnie już żadnym problemem. Nie stało się to z dnia na dzień tak, jakbym tego chciała, ale po kilku następnych miesiącach musiałam przyznać mu rację.

Praca w małym szpitalu posiada jeszcze szereg innych, poważnych zalet. Jedną z nich jest możliwość samodzielnej pracy już na początku, chociaż pewnie niektórzy odebraliby to raczej jako niewątpliwą wadę. Z punktu widzenia czasu muszę jednak powiedzieć, że cieszę się, iż przez pierwsze miesiące pracy nie zostałam przeprowadzona za rączkę. Na oddziale było przeważnie dwóch lekarzy oddziałowych i jeden ordynator, który był odpowiedzialny za dwa oddziały. Do tego całe to towarzystwo miało nierzadko jeszcze pacjentów ambulatoryjnych. Na oddziale otwartym z Oberarztem widziałam się raz dziennie, omawialiśmy nowych pacjentów i najbardziej pilne sprawy naszych podopiecznych. Wizyta odbywała się 2 razy w tygodniu, raz z ordynatorem i raz z szefem kliniki.

Po dyżurze tylko relaks na rowerze…

Teraz kwestia moich „kochanych” dyżurów, których przeważnie miałam 4, czasem 5 w miesiącu. Niestety dość często zdarzały się takie naprawdę ciężkie z paroma przyjęciami i ostrymi przypadkami. Często policja dorzucała nam w bonusie alkoholików lub też sami zainteresowani wpadali na spontaniczny odwyk o 3 nad ranem. A no, bo czemu i nie.

Niestety wielkość szpitala ma swoje odbicie w ilości i różnorodności oddziałów. W małych placówkach często trzeba iść na kompromis, co wiąże się z np. z brakiem oddziału dla ludzi starszych tzw. Gerontopsychiatrii. Tak więc pacjenci z demencją i w delirium, często agresywni, mieszają się z  młodymi pacjentami w manii, również nierzadko agresywnymi. Do tego dołóżmy jeszcze pacjentów z zaburzeniami osobowości oraz tych z ciężką depresją. Niezła kompilacja prawda? Tak często wyglądała nasza rzeczywistość. Tego akurat nie polecam nikomu z oczywistych względów.

Wracając do dyżurów, nieraz zdarzało się, że pacjenci dzwonili do kliniki, po czym po prostu pojawiali się przed jej drzwiami bez wcześniejszego umówienia lub nawet kontaktu telefonicznego. Podczas rozmowy z takimi delikwentami, którzy zazwyczaj okazywali się, o zgrozo, alkoholikami, dochodziło do prób szantażu w stylu: „Jak mnie Pani nie przyjmie, to skoczę z mostu/podetnę sobie żyły/rzucę się pod pociąg/utopię się w wannie*” (* – niepotrzebne skreślić). Nie ukrywam, że to było niezwykle męczące. Szczególnie dyżury w piątkowe wieczory oraz w soboty obfitowały w wysyp tego typu egzemplarzy, którzy po kilku głębszych w poszukiwaniu rozgrzeszenia, pielgrzymowali do kliniki psychiatrycznej, niczym pielgrzymki piesze na Jasną Górę. Ale miasto z raptem dwunastoma tysiącami mieszkańców, trzema gorzelniami i jednym browarem w końcu do czegoś zobowiązuje, prawda? Ale tak na poważnie, to było to nieco wkurzające. Na takim dyżurze rzadko dzwoniłam do lekarza ordynatora, który miał dyżur towarzyszący pod telefonem z domu. Za słuchawkę chwytałam tylko wtedy, kiedy musiałam pacjentowi zaaplikować leki w sytuacji ostrej lub kiedy wahałam się, czy mogę pacjenta wypuścić do domu, albo jak nie byłam pewna swojej decyzji w jakiejkolwiek innej sprawie. Często od mojego rozmówcy zdarzało się usłyszeć coś w stylu: „Jak pani ma poczucie, że może tak zrobić, to proszę tak zrobić”… Halo! Przecież właśnie nie wiem jak zrobić, dlatego dzwonię… Domyślam się tylko, że ordynatorowi lub ordynatorce nie było po drodze udać się w piątkowy wieczór z powrotem do szpitala, aby porozmawiać z pacjentem. I tak oto mój zmysł samozachowawczy mając na szali dobro pacjenta oraz święty spokój wykształcił we mnie taką cechę, która powodowała, że 2 razy się zastanowiłam zanim zadzwoniłam do ordynatora, tylko po to, żeby jeszcze się zdenerwować… Tak, więc w 2 lata w małym szpitalu nauczono mnie lub raczej nauczyłam się samodzielności w podejmowaniu decyzji.

Pod koniec zeszłego roku przenieśliśmy się do Niemiec wschodnich, gdzie bez problemu udało mi się znaleźć pracę na psychiatrii. Tym razem wybór padł na największy szpital psychiatryczny w całej Saksonii, który jest jednocześnie szpitalem uniwersyteckim, z profesorem na stanowisku szefa kliniki. W przeciwieństwie do poprzedniego ma osobne oddziały dla każdej grupy pacjentów, łącznie z takimi „egzotycznymi” jak np. psychiatria sądowa, której oddział wygląda jak więzienie z ogromną, podwójną bramą, czy ogrodzeniem wysokim na 5 m naszpikowanym drutem kolczastym i kamerami, jak również nieco mniej efektownie wyglądającą Gerontopsychiatrią, na której pracuję od początku. Nie ukrywam, że byłam bardzo sceptycznie nastawiona co do mojego pierwszego oddziału. Pocieszałam się, że to tylko na parę miesięcy i potem na pewno przejdę na „normalny” oddział. Jak się później okazało, praca na Gerontopsychiatrii zaczęła mi sprawiać taką frajdę, że kiedy już miałam okazję przejść na ten „normalny” oddział, to świadomie z niej nie skorzystałam.

Drezno nocą

Podczas mojego pierwszego dnia pracy w Emsland, zostałam serdecznie przywitana przez samego dyrektora szpitala, który powiedział co dalej. Jednak pierwsze moje wrażenie jakie zrobiło na mnie nowe miejsce pracy kierowało moje uczucia w stronę tego, że wszystko jest tu raczej niezorganizowane. Mojego ordynatora nie było, więc trafiłam najpierw na inny oddział niż planowany. W Dreźnie już wcześniej skontaktowała się ze mną ordynatorka, zastępczyni szefa ze wskazówkami, gdzie mam się udać pierwszego dnia oraz gdzie będę pracować. W dodatku przed rozpoczęciem pracy miałam zaplanować swój urlop na przyszły rok. Hmm brzmi bardzo zorganizowanie – pomyślałam. Na wejściu podpisałam stos dokumentów, po czym z sekretariatu odebrała mnie moja przyszła ordynatorka. Zrobiliśmy rundkę zapoznawczą po szpitalu i w międzyczasie razem załatwiłyśmy moją obiegówkę.

Każdego dnia za pośrednictwem poczty elektronicznej otrzymujemy plan, z którego można odczytać, kto gdzie danego dnia pracuje, np. w sytuacjach awaryjnych, kiedy kilku lekarzy z jednego oddziału nie jest obecnych z powodu szkoleń, czy chorób. Przyjęcia to już inny poziom. Jako lekarz dyżurny, do godziny 17, nie jestem zostawiona samej sobie z decyzją „przyjąć, czy nie przyjąć”, ponieważ leży to w gestii ordynatora i jest to jasno postawione. Do tego w odróżnieniu od poprzedniego szpitala, dyżur rozpoczynam od 17, kiedy to odbywa się ceremoniał przekazania magicznego telefonu, który niekiedy mam ochotę roztrzaskać o ścianę lub po prostu wyłączyć. W Emsland często zdarzało się, że dyżur musiałam rozpocząć już o 11 i decydować o przyjęciach spontanicznie pojawiających się w szpitalu pacjentów lub przekazaniach z innych szpitali. Często o 17 byłam już tak wypompowana, że jedyne czego chciałam, to pójście do domu. A dyżur teoretycznie dopiero się zaczynał.

W kwestii dyżurów, to tutaj mam ich najwyżej 3 lub 3,5. W weekendy jest możliwość dzielenia dyżurów na pół, czyli po 12 h. Niekiedy zdarzają się również dyżury z kategorii Hardcore, ale mimo wszystko mam wrażenie, że są bardziej ustrukturyzowane. Pacjenci nie pojawiają się tak po prostu pod drzwiami kliniki. Jeżeli chodzi o przyjęcia nagłe w nocy, zawsze decyduje o tym lekarz medycyny ratunkowej, będący na miejscu. Przeważnie można jeszcze podyskutować i skierować pacjenta na inny oddział lub do innego szpitala, jeżeli tego wymaga sytuacja. Poza tym nie pojawiają sie na dyżurach alkoholicy, ot tak, jak już wcześniej to nazwałam, na spontaniczny odwyk. Może alkoholicy tutaj mają nieco większą odporność na alkohol? Nie wiem.

Ogromną różnicą jest też to, że ordynatorzy będący na dyżurach towarzyszących dużo częściej pojawiają się w trakcie dyżuru w szpitalu. Moi koledzy nie mają oporów, aby do nich dzwonić, kiedy to napotkają jakąś sytuację, która ich przerasta. Uważają, że to nie jest tylko ich odpowiedzialność i po to ten ordynator jest, żeby pomagać w takich momentach. Ja osobiście jeszcze czasem jeszcze łapię się na tym, że dzwonię tylko poinformować jakie decyzje podjęłam, zamiast się poradzić. No cóż, stare nawyki nie tak łatwo zmienić. Trochę jeszcze potrwa, zanim przyzwyczaję się do tego systemu.

Jedynie co jest diametralnie różne i co przeze mnie odbierane jest niewątpliwie jako wada, to atmosfera panująca w szpitalu. Tutaj wszyscy starają się wypaść przed kolegami jak najlepiej, pochwalić się wiedzą i pewnością siebie. Pokazanie swoich luk w wiedzy lub zadawanie pytań jest raczej odczytywane przez innych rezydentów jako oznaka słabości. Nie ma takiego wsparcia, wymiany doświadczeń z dyżurów, czy omawiania konkretnych sytuacji, bo przecież szanujący się lekarz psychiatra wie wszystko. Z tego powodu nie istnieje kolektyw lekarzy, którzy pracują po to, aby osiągnąć wspólny cel. Lekarze podzielili się na małe grupy, co sprzyja izolowaniu się ludzi. Być może powodem takiego stanu rzeczy, są rzadkie, wspólne spotkania z szefem, czy też wielkość szpitala, który w porównaniu z poprzednim, w którym pracowałam jest ogromny, przez co nie widujemy się zbyt często z innymi kolegami. Kontakt z psychologami też zupełnie odbiega od tego, co znałam do tej pory, bo przecież to inna, niektórzy twierdzą, że niższa, grupa zawodowa, którzy spotykają się tylko we własnym towarzystwie. Tam często po pracy umawiałam się też z pielęgniarkami na wino, jogging, itp. Tutaj dla nich jestem panią doktor. Inny poziom przecież, nawet jak jesteśmy po imieniu, to jest wyczuwalny ogromny dystans.

To wszystko sprawia, że z jednej strony praca jest łatwiejsza, bardziej poukładana, masz większość pewność siebie i wsparcie przełożonych, jednak z drugiej strony czuję się niekiedy nieco samotna, z czym na początku czułam się bardzo niekomfortowo. Na szczęście wspólnie z innymi kolegami, którym również to doskwiera, założyliśmy małą grupkę wsparcia, gdzie omawiamy wzajemnie nasze problemy, przez co jest dużo łatwiej.

Koniec końców, nieważne gdzie, byle razem

Mimo wszystko cieszę się, że pracę zaczęłam najpierw w Niemczech zachodnich, co pozwoliło dorosnąć mi jako lekarz.

6 thoughts on “Lepszy Mały na Zachodzie, czy Duży na Wschodzie? Który szpital lepszy?

Pozostaw odpowiedź Monika Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *