Psychiatra na kozetce, czyli krótka historia o alkoholu

Był czerwiec 2018 roku. Data o tyle pamiętna dla mnie nie tylko przez bijące rekordy temperatury, ale również dlatego, że wtedy moje nazwisko po raz pierwszy pojawiło się na grafiku dyżurów. Ach moje ukochane dyżury… Ile bym dała, żeby nie musieć ich robić… Ale do rzeczy. Pierwsze z nich naprawdę dały mi się we znaki i w moim przypadku ciężko było mówić o wdrożeniu… Przypominało to bardziej rozpoznanie walką, nawiązując do tematyki militarnej. Całkowicie nieprzespane noce, sporo niespokojnych, czy wręcz agresywnych pacjentów. Czy coś jeszcze może mnie zaskoczyć?

Wszystko wskazywało na to, że ten dyżur w porównaniu do poprzednich miał szanse przebiegać spokojnie. Było potwornie upalnie i chyba nikomu nie chciało się wysilać w taki skwar, ale ktoś kiedyś powiedział, aby nie chwalić dnia przed zachodem słońca, więc… Tak, wtedy miałam jeszcze takie złudne nadzieje, lecz koło godziny 12, zadzwonili do mnie z przyjęć. Pacjent czeka, miał być niby przyjęty na odwyk, ale akurat w tym momencie chyba się rozmyślił. I tu chciałabym coś wyjaśnić, bo wiem jak to jest zazwyczaj odbierane przez ludzi. To nie jest tak, że my kogoś na siłę wyrywamy z domu w obstawie policji, bo ma termin na oddziale odwykowym. Nie. Dopóki pacjent nie przekroczy progu tego magicznego miejsca, jakim jest szpital psychiatryczny, to może robić, co mu się rzewnie podoba. Natomiast po wejściu na oddział sprawy już nie wyglądają tak oczywiście, bo z wyjściem nie jest już tak prosto. Zawsze z takim pacjentem musi porozmawiać lekarz, przeważnie lekarz dyżurny. Tak było i w tym przypadku, więc przerywając swoje wszelkie standardowe obowiązki na swoim oddziale, w tym również sesję z innym pacjentem, udałam się wyjaśnić sprawę niechętnego i nieprzekonanego pacjenta.

Psychiatra po dyżurze

Koło recepcji szpitalnej zaczęłam się powoli domyślać o kogo mogło chodzić. Na krzesełku, bardzo spokojnie siedział mężczyzna w średnim wieku. Tak na oko koło 50. Jego twarz mówiła jednak bardzo dużo. Na pół czoła rozpościerała się półłukiem ogromna łukowata szrama, zszyta jednak dość niestarannie, co w samo w sobie sprawiało dosyć upiorne wrażenie. – Hmm… Gdyby na nowo kręcili Frankensteina, to producenci filmu mogliby sporo zaoszczędzić na makijażystach… – pomyślałam całkowicie zdumiona. – W czym mogę pomóc? – zapytałam niepewnie – Ci z chirurgii mnie tu na odwyk wysłali ale chyba nie mam po co zostawać.Ile dni minęło odkąd pan nie pije alkoholu? – zapytałam. – Pomyślmy… jakoś od piątku, tak od piątku, wtedy przyjęli mnie na urazówkę. – Ok, teraz mamy wtorek, jakieś 4 dni, trochę mało, pewnie ma jeszcze objawy odstawienne jak cholera.– Ma pan jakieś objawy odstawienne? Kołatanie serca, poty, bezsenność, drżenie rąk, niepokój?No tak, kołatanie i coś mówili o ciśnieniu w szpitalu, nie wiem dokładnie co, nie rozumiem tego całego bełkotu lekarskiego. – Rozumiem, a czy cierpiał pan już kiedyś na napady padaczkowe, po odstawieniu alkoholu?Tak, coś tam kiedyś było, ale nie wiem dokładnie co i jak… Mogę już iść? Tylko wie pani, ja to pieniędzy nie mam na taksówkę, transportem medycznym mnie tu do przyjęcia przysłali z urazówki, ale po co jak jest wszystko ok?

Podsumowując: pacjent ma objawy odstawienne, znane napady padaczkowe, prawdopodobnie bezdomny, jak go wypuszczę i coś się stanie, to nie będzie dobrze, tylko czy uda mi się go przekonać, żeby został?

W głowie już byłam parę kroków dalej i przewidywałam kolejne możliwe zakończenia tej historii.

Czyli rozumiem, że nie ma pan się dzisiaj gdzie zatrzymać, a objawy odstawienne jeszcze nie minęły? To może zostanie pan u nas na dokończenie leczenia i w międzyczasie pomożemy panu z sytuacją socjalną? Jest wiele instytucji, do których może się pan zgłosić o pomoc. Nasza pracowniczka socjalna omówiłaby z panem szczegóły.

No dobrze, w sumie i tak nie mam gdzie się dzisiaj podziać.

Uff. W sumie gładko poszło. Nie będę musiała angażować ordynatora, a przyjęcie tego pacjenta i tak było zaplanowane. Dobrze, to proszę za mną na oddział, kolega pana przyjmie.

Całkiem zadowolona z siebie, wróciłam na swój oddział dokończyć swoje obowiązki przed oficjalnym przejęciem dyżuru, będąc właściwie całkiem pewna, że już o tym pacjencie dzisiaj nie usłyszę. – Ha ha! Doprawdy? po cichu zadrwił sobie ze mnie los.

Spacer do Dreźnie jest dobry na wszelki stres, nawet po dyżurze

Godzina 18. Upalne letnie popołudnie. Żar dosłownie leje się z nieba, a ja myślę o tym, jak poradzić sobie bez klimatyzacji w swoim gabinecie. Ot taki leniwy dyżur na psychiatrii, w trakcie którego można zrobić to, czego nie zdążyło się zrobić wczoraj. Wszystkie lokalne pożary miałam pogaszone, więc byłam w trakcie rozmowy ze swoją mamą o nadchodzącym urlopie i wyjeździe do Polski, kiedy to nagle rozbrzmiał dźwięk telefonu dyżurnego. Jak to zwykle bywa, podskoczyłam w miejscu, a serce rozpoczęło niekontrolowaną galopadę. – Halo, lekarz dyżurny, słucham.Mamy problem na oddziale uzależnień! Proszę przyjść jak najszybciej! – Rozbrzmiało głośne wołanie do słuchawki. Oczywiście nikt nie powiedział dokładnie o co chodzi. W głowie, po drodze, już miałam wyobrażenia, że pacjent był agresywny, przez co wymordował pół oddziału, a na miejscu zastanę masakrę, tudzież przetwarzałam wszystkie kroki resuscytacji krążeniowo-oddechowej. Na szczęście mieliśmy oddział internistyczny i intensywnej terapii w szpitalu.

Po dotarciu na oddział ciekawscy pacjenci wskazali mi miejsce, gdzie był ten nagły przypadek. Zaraz po wejściu na jadalnie moim oczom ukazała się najpierw wielka kałuża krwi na podłodze, w której centrum leżał pacjent, z którym miałam styczność tego dnia. Z groteskowo pozszywanej rany wypływały strugi krwi. Do tego na czole pojawił się ogromy guz, którego przed południem jeszcze go nie było. Pacjent był na szczęście przytomny i z pomocą kolegów pielęgniarzy, udało się go przenieść na łóżko. Jak się okazało miał napad padaczkowy i upadł na podłogę, po raz kolejny roztrzaskując sobie głowę. Na szczęście nie miał żadnych objawów neurologicznych. Był jedynie senny i lekko zmieszany. Oczywiście towarzyszył temu wszystkiemu solidny ból głowy. Rozpoczęłam więc karkołomną procedurę zlecenia pacjentowi tomografii komputerowej i skierowania go znowu na chirurgię celem zaopatrzenia rany. Karkołomną, ponieważ radiolodzy w zasadzie zawsze kwestionują zasadność przeprowadzenia tego badania i już mi się słabo robiło na samą myśl o dyskusji z nimi. Ostatecznie naświetliłam fakty i pacjent miał wykonaną tomografię. Po wycieczce na znaną już pacjentowi chirurgię, wrócił na oddział po jakiś 3-4 godzinach.

Było około 21, a ja akurat byłam jeszcze na tym oddziale bo musiałam coś udokumentować. Usłyszałam krzyk pielęgniarki z oddziału, że pacjent znowu ma napad. No nie, 2 w ciągu jednego popołudnia?! I to po Diazepamie?! Niemożliwe. A jednak. Tym razem na szczęście siedział na krześle więc nic mu się nie stało. Korzystając z pomocy jednego z pacjentów położyliśmy go w pozycji bocznej bezpiecznej. Dostał kolejny czopek z Diazepamem i wenflon w razie potrzeby. W międzyczasie wygoniłam wszystkim ciekawskich gapiów do pokojów. Na szczęście napad nie trwał zbyt długo.

– Ale pani szybko zareagowała. Ma pani już doświadczenie z napadami padaczkowymi? – zapytała pielęgniarka. – Właściwie nie, to mój pierwszy taki przypadek. – Kolejna tomografia nie była potrzebna.

W porozumieniu z opiekunem dyżuru spróbowałam jeszcze skierować tego pacjenta na neurologię, jednak bez skutku. Argumentacja taka jak zwykle, czyli – Przecież my robimy dokładnie to co wy, leki i monitorowanie pacjenta.

Ale my nie mamy możliwości monitorowania tego pacjenta, jesteśmy na psychiatrii. Tu nie ma monitora, a na oddziale mam w nocy jedną pielęgniarkę na 20 pacjentów…

Ale dostał leki?

No oczywiście – odpowiedziałam.

No, to my robimy to samo u nas. Dobrej nocy, proszę się kontaktować jak stan pacjenta się pogorszy.

No super, po prostu super.

Potem musiałam jeszcze skonfrontować się z grupą pacjentów z tego oddziału, którzy prawdopodobnie byli przerażeni tym co zobaczyli i jak może skończyć się nadmierne, ładnie powiedziawszy, spożywanie napojów alkoholowych. Jedni chcieli natychmiast opuścić szpital na własne życzenie, w nadziei zmniejszenia ryzyka podobnej sytuacji u nich. Drudzy uważali, że to niedopuszczalne, że pacjent na psychiatrii dostaje napadu padaczkowego, co najmniej jakby to była moja wina, czy bogu ducha winnej pielęgniarki. Pacjent, którego poprosiłam o pomoc nazwał mnie i pielęgniarkę niekompetentnymi i powiedział, że sobie w ogóle nie radzimy. Inni z kolei byli oburzeni, że wyprosiłam ich z korytarza i nie mogli popatrzeć na takie ciekawe sceny. Przecież to lepsze niż niejeden Show w TV.

No cóż lekko skonsternowana i zmęczona, po krótkim przemówieniu na oddziale udałam się w stronę gabinetu, aby przelać na papier ostatnie kilka godzin w tym podjęte działania i zastosowane leki. Jeszcze długie godziny wpatrywałam sie w sufit, analizując działanie alkoholu na ludzki organizm. Jednak czego się spodziewać po mieszkańcach trzynastotysięcznej miejscowości, w której prężnie funkcjonuje 3 gorzelnie i jeden browar, a okresie letnim w zasadzie w każdy weekend organizowane są pijackie festyny, których efekty widać niemalże na każdym kroku podczas niedzielnego przedpołudniowego spaceru w postaci porozbijanych butelek, porozrzucanych plastikowych kubków, czy „niedoniesionych” wymiocin. Jedyne co mogę powiedzieć to strzeżcie się i nie przesadzajcie, bo może skończyć się różnie. A co by było gdybym nie przekonała tego pacjenta, żeby jednak został w szpitalu, chociaż na jedną noc?

A gdyby to się stało gdzieś na odludziu, na chodniku, gdzie nikt by nie zareagował? A gdyby uderzył głową o krawężnik, kamień, czy jakiś parapet? Nawet nie chcę o tym myśleć.

Od tamtego czasu, chyba z jeszcze większym zaangażowaniem staram się pacjentom tłumaczyć, czym może skończyć się zimny odwyk od alkoholu i że tego absolutnie nie zalecam.

2 thoughts on “Psychiatra na kozetce, czyli krótka historia o alkoholu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *