Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, czyli jak wynajęliśmy mieszkanie w Dreźnie. Sezon II cz. 4 ostatnia

Nie wiem kiedy moja pewność siebie i poczucie, że wszystko będzie dobrze, były na tak niskim poziomie. Chyba miało to ostatni raz miejsce podczas oczekiwania na listy osób przyjętych na studia medyczne. Wydawałoby się, że wynajęcie mieszkania, to dla dwóch dobrze zarabiających ludzi nic wielkiego. A jednak. Oboje z nas prześladowało uczucie niepewności. Cały czas zadawaliśmy sobie nawzajem pytania w stylu: Co jeśli? Czas naglił. Wypowiedzenie z pracy leżało gotowe na stole. Szef kliniki w której miałam zacząć pracę od stycznia, odpisał, że jest mu niezwykle przyjemnie powitać mnie już dziś w swoich szeregach. Brakowało tylko mieszkania. Na początku wydawało się, że wynajem będzie najmniejszym problemem, z którym przyjdzie się nam w najbliższym czasie zmierzyć, ale jak widać nie doceniliśmy powagi tej sytuacji.

Kamil był w dużo lepszym nastroju, co trochę podbudowało mnie na duchu. Mówił żebym się nie przejmowała, bo jeśli teraz nam się nie uda wynająć tego mieszkania to, albo wynajmiemy to w Albertstadt, albo będziemy szukać dalej do skutku. W niedzielę wysłaliśmy niezbędne dokumenty facetowi z Neustadt, który po kilku godzinach odpowiedział, że wszystko wygląda bardzo dobrze i w poniedziałek przekieruje wszystkie dane do właściciela mieszkania.

Drezno nocą

Na odpowiedź przyszło nam poczekać do kolejnego poniedziałku. W międzyczasie jak obłąkani sprawdzaliśmy pocztę elektroniczną oraz w razie „W” przeglądaliśmy portale ogłoszeniowe w poszukiwaniu kolejnych mieszkań. No i owe „W” stało się faktem, ponieważ właściciel mieszkania w Neustadt zdecydował się wynająć mieszkanie innej „parce”, prawdopodobnie „parce nr 1” lub „parce nr 2”… Szkoda, bo było naprawdę warte swojej ceny. Poza tym całą tę sytuację określiłabym mianem dziwnej. Po pierwsze sam fakt wynajmu mieszkania przez najemcę obecnie je zamieszkującego budził we mnie duże wątpliwości. Wystarczyło, że nie zgodziliśmy się odkupić od niego tego cholernego żyrandola za dwie stówy, o czym pisałam poprzednio, i od razu odpadliśmy w przedbiegach, bo na przykład dwie pozostałe „parki” zgodziły się na to i wynajmujący nie wiedział w ogóle o tym, że jesteśmy zainteresowani najmem. A może po prostu właściciel nie był przekonany do wynajmu mieszkania obcokrajowcom, albo tym, że Kamil przez następny rok miał nie pracować ze względu na uczestnictwo w kursie? Ok, nie ma co gdybać. Było, minęło.

Skupmy się na tym, co teraz jest do zrobienia, bo przez całą tę chorą sytuację, straciliśmy jeden bezcenny weekend, a była już połowa października, więc ostrze noża było coraz bliżej gardła. Na szczęście oboje nie próżnowaliśmy, czego efektem było umówienie trzech terminów. Tym razem postanowiliśmy udać się do Drezna nie w weekend, lecz w środę, aby jak najszybciej załatwić tę palącą nas obojga sprawę oraz dlatego, że wszystkie trzy mieszkania były wynajmowane przez pośredników. Wszystkie również różniły się od siebie diametralnie.

Dzielnica Neustadt

Pierwsze w Großröhrsdorf było ogromne (130 m² powierzchni), ale stare i na poddaszu 3-piętrowego budynku. Głównymi i jedynymi jego zaletami były bardzo korzystna cena oraz odległość jaką musiałabym pokonać, aby dojechać do pracy, bo było to zaledwie 2-3 km. Drugie znajdowało się w Dreźnie na 5 i 6 piętrze bloku typu wielka płyta w bezpośredniej bliskości Łaby i starego miasta w dzielnicy Johannstadt, ale jak to mówi moja mama, po nie tej stronie rzeki co trzeba. Rano żeby dostać się do pracy, musiałabym przejechać przez jeden z niewielu drezdeńskich mostów, które rano są oblegane przez rzesze ludzi, podobnie jak w każdym innym większym mieście położonym nad szeroką rzeką. Trzecie mieszkanie, również w Dreźnie, położone na wzgórzach północnowschodniej części miasta, gdzie znajduje się dzielnica Weisser Hirsch, która, jak mówi Wikipedia, jest to otoczona malowniczym lasem luksusowa dzielnica mieszkalna słynąca z secesyjnych willi i eklektycznej sceny gastronomicznej. Zabrzmiało zachęcająco. Cena już tak zachęcająco nie wyglądała, ale jak na 70-metrowe nowe, dotąd niezamieszkałe mieszkanie z własnym ogródkiem, piwnicą i garażem podziemnym była do zaakceptowania.

Tym razem nie zaplanowaliśmy wyjazdu na jeden dzień, lecz na dwa po to, aby w razie potrzeby jeszcze w czwartek poszukać czegoś na miejscu. Dlatego też postanowiliśmy w podróż wyjątkowo zabrać ze sobą kota.

Na pierwszy ogień poszło mieszkanie w Johannstadt. Okolica, w której znajdowało się mieszkanie niczym nie zdradzała bezpośredniej bliskości starego miasta, ponieważ zewsząd otoczona była wysokimi, 10-piętrowymi, betonowymi blokami, ale co tam, zobaczyć zawsze warto. Dzwonek domofonem, krótkie przedstawienie się, wejście do klatki, szukanie windy, srogie rozczarowanie – nie ma windy, a więc z buta na 5 piętro. W drzwiach czekał już starszy pan. Zasapani przywitaliśmy się. Mieszkanie było stare i niezbyt zadbane. Na pierwszej kondygnacji znajdowała się mikroskopijnej wielkości kuchnia, niewiele większa łazienka oraz średniej wielkości jadalnia. W łazience moją uwagę przykuła dziwna bateria wannowa. Okazało się, że jest to jednocześnie przyłącze pralki, która brudną wodę wedle uznania najemcy, mogła odpompowywać, albo do umywalki, albo do wanny. Na górze, dokąd prowadziły drewniane skrzypiące schody, znajdowały się dwa pokoje, toaleta oraz duży taras, który jak dotychczas moglibyśmy wykorzystać jako mini działkę. No tak, tylko trzeba jeszcze te wszystkie doniczki, ziemię i rośliny wtaszczyć tu na górę. Oczami wyobraźni widziałam już Kamila niosącego torby z zakupami i klnącego, że nigdy więcej mieszkania bez windy nie chce widzieć. Swoją drogą chyba każdy facet ma gdzieś zakodowane w podświadomości, że zakupy z auta do mieszkania trzeba przenieść na raz, bez względu na to, ile ich jest. To jest dla nich jakiś punkt honoru, czy co? Wracając do tematu, nasza wizyta tam nie trwała zbyt długo. Na pytanie agenta, czy chcemy zobaczyć jeszcze piwnicę odpowiedzieliśmy zgodnie, że chyba sobie możemy to darować i pożegnaliśmy się, mówiąc przy tym, że odpowiedź damy najpóźniej jutro. Tak naprawdę już teraz moglibyśmy jej udzielić… W drodze na dół Kamil śmiał się, że gdybyśmy się zdecydowali na to mieszkanie, to wychodząc do pracy na górze nie byłabym spóźniona, a na dole już tak. Zejście na dół trwało wieki, a jeszcze dłuższa była droga na górę.

Czy tu będziemy mieszkać?

No nic, wsiedliśmy do auta i we trójkę udaliśmy się w kierunku Großröhrsdorf, malutkiego sześciotysięcznego miasteczka, 20 km na wschód od Drezna, gdzie byliśmy umówieni na kolejne spotkanie. Byliśmy na miejscu pół godziny wcześniej niż się umawialiśmy, więc było jeszcze trochę czasu na nakarmienie kota oraz rozejrzenie się po okolicy. Budynek z zewnątrz nie wyglądał źle. Był stary, ale ostatni remont nie był przeprowadzany zbyt dawno. W międzyczasie pojawił się agent nieruchomości. Po pierwszych jego słowach miałam wrażenie, jakbym właśnie dostała prosto w twarz zawartością pełnej po brzegi popielniczki. Cuchnęło od niego tanimi papierosami. Zaprosił nas do budynku. Klatka schodowa wyglądała jak obraz nędzy i rozpaczy. Stare, skrzypiące, drewniane schody, ściany nierówne niczym powierzchnia Łaby podczas porywistego wiatru no i ten zapach stęchlizny… Myślałam, że już gorzej nie będzie, ale po wejściu do mieszkania musiałam odszczekać te słowa. Mieszkanie było ogromne. Nawet nie pamiętam ile tam było pokoi. Ściany były niemal tak nierówne, jak te na klatce schodowej. Dosłownie jakby ekipa tynkarska w połowie pracy powiedziała Feierabend! i już nigdy więcej się tu nie pojawiła. Nie musiałam patrzeć na podłogę, aby wiedzieć, że pokrywają ją tanie panele, które uginały się przy każdym kroku donośnie strzelając.

Wzdłuż ścian niemal wszędzie biegły dziwne sześciokątne kanały wykonane właśnie z owych paneli. Kamil mi potem wyjaśnił, że skrywały one rozprowadzone rury kanalizacyjne i instalacji grzewczej. Mimo wielu okien wnętrza były ponure, a to wszystko za sprawą niskiego stropu. W gigantycznym salonie w rogu umieszczony był kominek, wokół którego panele podłogowe nosiły ślady przez przypadek rozrzuconego, rozżarzonego drewna. Poza tym znajdowało się tam kilka tanich starych mebli, których chyba komuś nie chciało się wyrzucić i zostały tutaj. Agent opisywał mieszkanie w samych superlatywach, wspominając przy tym, że dotychczas sam tu mieszkał, ale ze względu na chorą matkę musiał się wyprowadzić, aby się móc nią lepiej zająć. Pomyślałam sobie, że tańszego kitu już dawno nie słyszałam. Potem powiedział, że da nam chwilę do namysłu, po czym udał się w stronę drzwi, co też i my uczyniliśmy. Kiedy to po chwili wszyscy spotkaliśmy się przy drzwiach zareagował zdziwieniem, bo myślał, że teraz damy mu odpowiedź. Oboje parsknęliśmy śmiechem z powodu tego nieporozumienia i powiedzieliśmy, że odezwiemy się najpóźniej jutro, jak to już mieliśmy w zwyczaju robić. Niestety odpowiedź mogła być tylko jedna.

Dokąd teraz? Dzielnica Weißer Hirsch

W ponurych nastrojach udaliśmy się z powrotem do Drezna, tym razem kierunek dzielnica Weißer Hirsch. Na miejscu byliśmy również kilkanaście minut wcześniej, co wykorzystaliśmy na krótki spacer po osiedlu, które wciąż znajdowało się w budowie. Część budynków było nowych, a część z nich pochodziła z początku XX wieku i została odrestaurowana w wielkim stylu. Wszystko w bezpośredniej bliskości lasu, otaczającego osiedle niemal z każdej strony. Chyba wyglądaliśmy na takich, którzy są tu pierwszy raz, ponieważ agentka nieruchomości podeszła do nas i zapytała, czy my, to my. Udaliśmy się za nią w stronę mieszkania, które patrząc od strony wejścia do bloku, znajdowało się po jego drugiej stronie na poziomie -1, a więc po wejściu do klatki trzeba było zejść na po schodach w dół. Mimo to lokal nie znajdował się w piwnicy, ponieważ poziom gruntu z jednej strony był dobrych kilka metrów niżej niż z drugiej. Jego urządzenie pozostawiało wiele dla wyobraźni, ponieważ było całkowicie puste i jedynie przyłącza wodne i gniazda elektryczne zdradzały co ma gdzie stać.

Mieszkanie składało się z dwóch pokoi z aneksem kuchennym, łazienką i małym schowkiem, w którym było miejsce na pralkę i suszarkę. Wszędzie poza łazienką i schowkiem był ułożony drewniany parkiet. Zewnętrzna ściana składała się wyłącznie z ogromnych okien, które zaczynały się na podłodze, a kończyły na suficie, za którymi widać było duży, częściowo zadaszony taras wraz z niewielkim trawnikiem. Przez te ogromne okna, mieszkanie było cudownie jasne i przyjemne, epatowało wręcz pozytywną energią. W dodatku usytuowane było od strony zachodniej dzięki czemu latem do późnych godzin wieczornych na pewno wpadały tu ciepłe, miękkie promienie słoneczne. Poza tym zaledwie kilka metrów od drzwi wejściowych znajduje się piwnica, a na tarasie dodatkowy zamykany schowek… z zadumy wyrwał mnie głos agentki. Zganiłam się sama w myślach za wyrywne i przedwczesne urządzanie mieszkania, ale wszystko to wyglądało naprawdę dobrze. Sprawdziliśmy szybko jeszcze, czy aneks pomieści nasze meble kuchenne. Podczas krótkiej rozmowy Kamil zapytał bezpośrednio ilu jest chętnych na to mieszkanie. Wyglądała na nieco zbitą z tropu i pewnie dlatego po chwili zastanowienia odpowiedziała, że w sumie nie ma nikogo, dlatego też nasza odpowiedź była natychmiastowa – Bierzemy! Czego pani od nas potrzebuje. Wszystko mamy przy sobie. Umowy, zaświadczenia, poświadczenia, potwierdzenia, certyfikaty, dowody… Wszystko czego dusza zapragnie. Powiedziała, że to nie do niej należy decyzja, a do przedsiębiorstwa, do którego należy całe osiedle, ale na pierwszy rzut oka nie powinniśmy mieć problemów z dostaniem kluczy do mieszkania, a potrzebne dokumenty może jutro sama skserować u siebie w biurze.

Ze względu na to, że i tak mieliśmy w planach zostać na noc w Dreźnie, postanowiliśmy przystać na jej propozycję. Pożegnaliśmy się i udaliśmy do hotelu, gdzie spędziliśmy pozostałą część wieczoru. Nazajutrz udaliśmy się do siedziby agencji nieruchomości, która znajdowała się w przepięknej willi, położonej naprzeciwko ogrodu zoologicznego. Po skopiowaniu wszystkich potrzebnych dokumentów zostaliśmy zapewnieni, że odpowiedź dostaniemy jeszcze przed weekendem. Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy z powrotem do domu.

W piątek odebrałam telefon od agentki – Pani Dabrowska jest mały problem… – aha… skąd ja to znam… Okazało się, że komuś nie odpowiadało to, że ja jestem na umowie na czas próbny i nie wiadomo, czy mi ją po sześciu miesiącach przedłużą, a Kamil jak już wcześniej napisałam, miał w 2020 roku nie pracować. Nieprzedłużenie umowy lekarzowi w Niemczech jest tak samo prawdopodobne, jak pójście na mecz Legii w szaliku Polonii i niedostanie w pysk, czyli bliskie zera. Zaproponowałam, że jeśli dotychczas przedstawione dokumenty nie wystarczą, to może przedstawimy dodatkowo wyciąg z konta oszczędnościowego, co spotkało się z aprobatą drugiej strony. Oczywiście było piątkowe popołudnie i na próżno było oczekiwać odpowiedzi w tym samym dniu, a więc czekał nas weekend pełen nerwów.

Widok z naszego osiedla na Drezno

W poniedziałek od samego rana zaczęłam wydzwaniać do agencji, czego nie ułatwiał fakt, że nie miałam bezpośredniego numeru telefonu do pani, która zajmowała się naszą sprawą, tylko do sekretarki, która za każdym razem mnie z nią łączyła, albo i nie jeśli akurat jej nie było w siedzibie firmy. Trwało to jeszcze dobrych kilka dni, kiedy to podczas jednej z rozmów telefonicznych moja rozmówczyni zapewniając mnie, że to na pewno w tym tygodniu się rozwiąże powiedziała, że właśnie dostała e-mail z odpowiedzią, że mamy to mieszkanie i że w przyszłym tygodniu otrzymamy listownie umowę do podpisania. Kamień z serca… – A więc do trzech razy sztuka. W końcu się udało – pomyślałam. Natychmiast zadzwoniłam do Kamila, aby podzielić się dobrą nowiną.

Umowa najmu przyszła faktycznie w następnym tygodniu. Jednak co dziwne nie była nigdzie przez nikogo podpisana. Na dodatek tego nadawca prosił o odesłanie obu podpisanych przez nas egzemplarzy. Dość dziwna sytuacja, ze względu na możliwość podmiany stron umowy, ponieważ podpis składało się w zasadzie tylko na ostatniej. Kamil wpadł na pomysł własnoręcznego podpisania każdej ze stron oraz ich sfotografowania, po czym zapakowaliśmy wszystko do koperty i odesłaliśmy na wskazany adres. Jak widać dziwnych sytuacji nie oszczędzono nam do końca, ale już po niedługim czasie i kilku ponaglających e-mailach i telefonach otrzymaliśmy podpisaną umowę z powrotem. Ufff… To byłoby na tyle. Następnym razem postaram się opisać akcję przeprowadzki, która również do najłatwiejszych nie należała…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *