Kolejna przeprowadzka, czyli jak o mały włos z lekarza stałabym się pacjentką

A więc stało się! Kości zostały rzucone, a trybiki poszły w ruch. Przeprowadzamy się do Drezna. Po przeprowadzonych rozmowach w pracy, zarówno u mnie, jak i u Kamila, trzeba było opracować konkretny plan działania. Wypowiedzieliśmy również dotychczasową umowę wynajmu tak, aby wygasła z końcem grudnia, a więc za grudzień przyszło nam zapłacić dwa czynsze, jeden za mieszkanie w Dreźnie oraz drugi za mieszkanie w Haselünne. Z właścicielką mieszkania uzgodniliśmy, że jeżeli znajdzie kogoś, kto byłby chętny wynająć mieszkanie od grudnia, to wtedy nie będziemy musieli płacić czynszu za ten miesiąc lub zapłacimy tylko jego część.

Z jednej strony z Haselünne było tak blisko do takich pięknych miejsc, ale z drugiej tak daleko do Polski…

W miedzyczasie z nostalgią powolutku żegnałam się z tym miasteczkiem i tą częścią Niemiec. Przez ostatnie dwa lata spotkaliśmy tu wielu bardzo życzliwych ludzi, którzy nierzadko byli bardzo pomocni w odnalezieniu się w tej nowej rzeczywistości. Mogę śmiało powiedzieć, że znalazłam tu paru dobrych przyjaciół, na których zawsze mogłam liczyć, pokaźną grupę znajomych oraz oczywiście niezawodnych i przezabawnych sąsiadów, z którymi wypiliśmy sporo czerwonego wina 😊

Okres jesieni był bardzo napięty i stresujący. To, że złożyłam wypowiedzenie wcale nie oznaczało, że będę miała mniej pracy. Wręcz przeciwnie, dyżurowałam dosyć intensywnie, bo nawet 5 razy w miesiącu, a w międzyczasie kończyłam kolejne etapy psychoterapii i pisałam specjalistyczne opinie psychiatryczne. W dodatku musieliśmy pakować powoli nasze rzeczy, których nie było mało. W tym czasie również praktycznie całkowicie zapomniałam o jakiejkolwiek aktywności fizycznej i zdrowym gotowaniu, przez co miałam duże wyrzuty sumienia i znaczny spadek nastroju. Gdy gotuję w swojej ukochanej kuchni, poziom endorfin znacznie wzrasta. Zaplanowanie i ugotowanie zdrowych i urozmaiconych posiłków na cały dzień dla mnie i Kamila zawsze poprawia mi humor i daje poczucie harmonii. Wplatanie aktywności fizycznej, chociażby pół godzinny dziennie również zbawiennie wpływa na poziom serotoniny, noradrenaliny i dopaminy w moich, nieraz przeciążonych, komórkach nerwowych.

Ostatnia noc przed przeprowadzką

– No ale z drugiej strony przecież to tylko miesiąc, czy dwa – tłumaczyłam sobie uparcie. – Jak zjesz mrożoną pizzę z piekarnika raz, czy dwa, to świat się nie zawali! Przeprowadzicie się i znowu poukładasz sobie wszystko na nowo. Wątpliwości słuszności decyzji przeprowadzki, a co za tym idzie wywrócenia sobie życia do góry nogami, nachodziły mnie i Kamila coraz częściej. Między dyżurami, opiniami i pracą omawialiśmy kolejne kroki i dokładny plan zgrania przeprowadzki idealnie w czasie. Orientowaliśmy się jakie są ceny wynajmu auta i organizowaliśmy zewsząd pomoc. Koniec końców zdecydowaliśmy się wynająć 7,5-tonową ciężarówkę, którą do Drezna poprowadził Kamil. W dodatku do pomocy przyjechali moi rodzice, a potem także tata i brat Kamila. Trochę nas to uspokoiło, bo widok piętrzących się kartonów przeprowadzkowych nie napawał optymizmem.

Nasz transport do Drezna

Dobrze, że miałam do wykorzystania sporo nadgodzin i urlopu, dzięki czemu koniec listopada i cały grudzień miałam mieć wolny. Cieszyłam się na nowe urządzanie mieszkania i poukładanie nowej rzeczywistości w Dreźnie.

Do przyjazdu moich rodziców pod koniec listopada mieliśmy już spakowane większość ubrań, książek, przyborów kuchennych, które nie były na co dzień potrzebne. Ostrzeżenie dla wszystkich: jeżeli planujecie przeprowadzkę 700 km dalej, najpierw przebadajcie się psychiatrycznie, czy wasza psychika to zniesie, bez pomocy silnych leków uspokajających. My nie należymy do „zbieraczy” (no może poza naczyniami kuchennymi, których jestem niezmienną i wierną fanką), ale mimo to pakowanie niezliczonej ilości obrazów, tony książek, owijanie drewnianych mebli, czy ogromnych szklanych żyrandoli, niejednego potrafi doprowadzić na skraj wytrzymałości psychicznej i fizycznej. Jednym puszczały nerwy przy owijaniu kolejnej szklanej kuli żyrandowlowej, innym już na samym końcu przy pakowaniu fontanienki dla kota, czy jego zabawek, które ten z uporem maniaka wyciągał.

Całej sprawy nie ułatwiał fakt, że właścicielka pokazywała już mieszkanie następnym, potencjalnym najmcom. O ile pierwszy raz umówiła się tak jak należy, czyli z wyprzedzeniem około jeden dzień, tak pod koniec listopada, kiedy czas ją naglił, potrafiła powiedzieć nam o terminie nawet 2 godziny wcześniej lub kiedy jeszcze byliśmy w pracy, że zamierza się zjawić tego samego dnia. Trudno jest przygotować mieszkanie dla zwiedzających, kiedy wszystko stoi na środku, meble, pudła. Jednak szczyt absurdu osiągnęła, kiedy to zapowiadając się, że przyjdzie tego samego dnia, byliśmy akurat w Münster na mojej psychoterapii. Oczywiście musiałam odmówić i zaproponowałam, aby przyszła nazajutrz, na co pani wypaliła, że w sumie ona ma klucz i sama może sobie otworzyć mieszkanie, jeśli nam to nie przeszkadza… Nie no gdzie tam zaraz przeszkadza. Skądże znowu. Nie mam nic przeciwko, aby obca osoba, wprowadzała inną, totalnie obcą osobę do mojego mieszkania, strasząc przy tym mojego kota oraz oglądając wszystko to, czego rano w pośpiechu nie udało mi się posprzątać.

W dodatku trwał remont ściany kuchennej po pięknych białych płytkach, które zamarzyłam sobie do białych mebli. No cóż właścicielka życzyła sobie stanu mieszkania takiego jakie wynajęła. Co z tego, że było to kompletnie bez sensu. Płytki były cudne, kompletnie niezniszczone, położone na standardowej wysokości. Przecież spokojnie mogły posłużyć kolejnemu najemcy. No cóż, brak słów. Tak więc moje śliczne kafelki pod koniec listopada przeistoczyły się w kupę gruzu. Po wyrównaniu ściany tynkiem, w ich miejsce nakleiliśmy „piękną” tapetę, którą były pokryte wszystkie ściany oraz sufity w mieszkaniu. Kolejną niezręczną sytuacją związaną z kwestią zwiedzania mieszkania był fakt, że pewnego razu jako potencjalny najemca u drzwi w asyście właścicielki zameldował się mój były pacjent. Na szczęście należał do tych, których dobrze wspominam, więc oboje nie daliśmy po sobie poznać, że się już znamy.

Nareszcie nadszedł dzień zero. 5 grudnia. W tym dniu mieliśmy wyruszyć 4 samochodami do Drezna. Kamil największą ciężarówką, jego brat z tatą jechali busem, moi rodzice swoim samochodem, a ja naszym jechałam z kotem.

W drodze ku nowej rzeczywistości…

Na mnie i Monka czekało zadanie specjalne, gdyż punktualnie o 12 byliśmy umówieni na odbiór nowego mieszkania. Mogliśmy to oczywiście zrobić wcześniej, ale wiązałoby się to jednak, z dodatkową wycieczką do Drezna i zmarnowaniem jednego, czy dwóch dni. Dreszczyku emocji całej sytuacji nadawał fakt, że pan, z którym umówiliśmy się na przekazanie mieszkania, na dzień przed tym terminem był absolutnie nieosiągalny. Niby termin był umówiony, ale jednak lepiej się czuję, kiedy ktoś potwierdza mi bezpośrednio przed, że będzie o tej godzinie w tym umówionym miejscu. Ostatni kontakt miałam z nim ok. dwóch tygodni wcześniej, przez co czułam się niezbyt komfortowo.

Zastanawiałam się co będzie, kiedy przyjedziemy tam z tymi wszystkimi rzeczami i nie będzie gdzie ich wyładować? No cóż pozostało mi tylko mieć nadzieję, że jednak pan okaże się na tyle poważny i pojawi się na miejscu w umówionym terminie.

Pakowanie całego naszego majdanu do aut trwało dzień wcześniej do późnych godzin nocnych. Musieliśmy zabrać praktycznie wszystko, potem mieliśmy tylko przyjechać autem osobowym oddać mieszkanie i się rozliczyć z właścicielką. Po raptem 3, czy 4 godzinach snu, zmęczeni fizycznie i psychicznie musieliśmy wszyscy wstać i ruszyć w 7 godzinną podróż do Drezna, żeby tam wszystko znowu wypakować i zacząć się wprowadzać. Nie lada przedsięwzięcie.

Znajdźcie Wally’ego 🙂

Po przybyciu do Drezna z duszą na ramieniu zadzwoniłam domofonem o wyznaczonej godzinie, do naszego nowego mieszkania. Ufff, na szczęście pan czekał już w środku. Moim oczom znowu ukazało się cudownie jasne mieszkanie z ogromnymi oknami na całą ścianę, pięknym ogródeczkiem i tarasem. Kiedy już dopełniliśmy wszystkich formalności i zostałam sama z kotem badającym podejrzliwie nowe, nieznane dotychczas terytorium, patrząc przez okno i popijając herbatę z małego termosu, oczami wyobraźni już widziałam posadzone pomidory, dywan ziół i różowych pelargonii. – Tak… Kamil też będzie zachwycony zaśmiałam się cichutko w duchu 😉 Nie pozostało mi nic innego, jak czekać na resztę ekipy. Byłam zachwycona, że mimo wielu przeciwności losu wszystko się udało. Jeszcze tylko trzeba wypakować nasze rzeczy z aut, poustawiać je, na nowo zbudować kuchnię i jakoś znaleźć się w tej nowej rzeczywistości. Ale to już raczej bułka z masłem.😊

I w końcu są nasze uprawy

3 thoughts on “Kolejna przeprowadzka, czyli jak o mały włos z lekarza stałabym się pacjentką

  1. Bardzo ciekawie artykuły Pani piszę, sam jestem lekarzem emigrantem, poproszę opisać wydatki w Niemczech, ile kosztuje życie Państwu i na jaki zarobki można liczyć odbywając specjalizację(etat, dyżury, jakieś dodatki), uprzejmie dziękuję, powodzenia!

    Pozdrawiam!

Pozostaw odpowiedź Ruslan Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *