Psychiatra na kozetce

Chociaż o psychiatrii, jako o specjalizacji myślałam już podczas studiów, ostatecznie wybrałam ją nieco przypadkowo. Nigdy nie żałowałam tej decyzji (mój etatowy korektor uważa nieco inaczej, bo średnio z psychiatrii odchodzę raz na dwa tygodnie lub po każdym cięższym dyżurze). Uważam, że jest to na tyle szeroka dziedzina medycyny, że każdy znajdzie coś dla siebie. Będąc psychiatrą można spełniać się lecząc pacjentów w ostrej fazie chorób psychicznych, można zajmować się leczeniem uzależnień, można być wspaniałym psychiatrą i specjalistą w dziedzinie leczenia depresji lub demencji, albo po prostu zajać się psychoterapią, a i tutaj jest w czym wybierać: psychoterapia behawioralno-poznawcza, psychodynamiczna, analityczna, wspierana zwierzętami, psychoterapia schematów.

Dużo osób pyta mnie często, czy taka specjalizacja jest psychicznie obciążająca? Powiedziałabym, że jest tak samo obciążająca psychicznie jak i inne dziedziny medycyny. To wszystko zależy od tego do czego jest się predysponowanym. Jedni doskonale odnajdą się na chirurgii dziecięcej, a drudzy na radiologii, czy jakiejkolwiek innej specce. Jako lekarz wiem na pewno, że raczej nie dałabym rady pracować na chirurgii dziecięcej, czy psychiatrii dziecięcej, ponieważ jakoś patrzenie na cierpienie małych i niewinnych istot wywołuje we mnie skrajne emocje, a w zawodzie jaki wykonuję dość istotne jest, aby mimo altruizmu, który powinien być cechą każdego lekarza, mimo wszystko zachować dystans, głównie dla siebie, aby nie zwariować i rano znowu przyjść do pracy, aby nieść dalej pomoc. Tylko jak zachować dystans kiedy ma się do czynienia z małoletnimi ofiarami przemocy domowej, czy przypadkami molestowania seksualnego i gwałtów, które stanowią dość istotny odsetek pacjentów psychiatrii dziecięcej. Dla mnie to po prostu za dużo. Ale wracając do tematu psychiatrii myślę, że nadaję się do tego fachu, o czym może świadczyć często towarzyszące mi podczas pracy uczucie zadowolenia z tego co robię. Przez te 2,5 roku pracy w szpitalu, nazbierało się sporo historii pacjentów, które zostaną ze mną na wiele wiele lat. Większość z nich jest pozytywna, co okazywane przez samych pacjentów lub ich rodziny, czy opiekunów prawnych w postaci podziękowania za zaangażowanie lub poświęcony im czas. Część niestety negatywna i powodująca gęsią skórkę. Zdarzyło mi się również „adoptować” część pacjentów nie mogąc dostatecznie zdystansować się jako profesjonalistka. No cóż, zdarza się również najlepszym…

Niektórzy nie pozwalają mi na całkowite oddanie się pracy… chociaż nie wiem, czy bym tego chciała.

Pierwszy pacjent, który chyba zostanie ze mną na długo, to dwudziestokilkuletni chłopak, chodzący jeszcze do szkoły zawodowej (tutaj system kształcenia zawodowego wygląda zupełnie inaczej niż w Polsce). Kilka razy słyszałam już o tym przypadku, zanim sama zaczęłam jeszcze robić dyżury. Do szpitala kierowany był najczęściej z powodu nadmiernego spożycia alkoholu, po którym stawał się agresywny. Miedzy nim, a jago ojcem często dochodziło do kłótni, przez co często na miejsce wzywana była policja. U nas dostawał unieruchomienie, terapię przy odstawieniu alkoholu, więc normalka i nic nadzwyczajnego.

Pierwszy raz poznałam, nazwijmy go roboczo panem X, na swoim kolejnym niedzielnym dyżurze. Godzina 10 rano. Zameldował się oddział ostry. Pacjent musi porozmawiać z lekarzem, gdyż na własne życzenie chce wypisać się do domu. Ok, zobaczymy – pomyślałam. Najpierw przeczytam historię choroby, żeby wstępnie zapoznać się, dlaczego i kiedy pacjent został w ogóle przyjęty, jaka diagnoza i okoliczności. Co mówi karta przyjęcia? Pacjent skierowany przez lekarza pogotowia, wbrew własnej woli, przyjęty w obecności policji, psychomotorycznie bardzo niespokojny, pobudzony, krzyczy, wyzywa personel, grozi, próbuje się wyrwać i szarpać… No pięknie, pomyślałam sobie… – na pewno wypuszczę go do domu, już to widzę… Unieruchomiony wczoraj od godz. 20.00 do 5:30 rano, poziom alkoholu w wydychanym przyjęciu 1,8 Promila – No to pewnie teraz jeszcze nie jest całkiem trzeźwy. Minęło około 14 godzin, pewnie jeszcze jakieś pół promila wydmucha – pomyślałam, nieco nerwowo popijając kawę z pianką, pieczołowicie przygotowaną w gabinetowym ekspresie. – W dodatku przyjęty wbrew własnej woli, a więc w tym wypadku, nie decyduję sama, tylko razem z sędzią dyżurnym, więc kontakt z organami władzy sądowniczej tak, czy siak mnie czekał. Myśli płynęły coraz szybciej i do pracy przyłączały się kolejne trybiki postępowania w takich przypadkach, a nadzieja na spokojny niedzielny dyżur, posypały się jak domek z kart. – A więc do dzieła. Przyjęłam bojową minę nieustępliwej pani doktor i ruszyłam na odział ostrej psychiatrii.

Po otworzeniu zamkniętych drzwi usłyszałam znajomy zgiełk, dobrze znany z copiątkowych wizyt towarzyszących z szefem, podczas których można było nauczyć się bardzo dużo. Dlatego wykorzystywałam każdą okazję, żeby w nich uczestniczyć. Przekraczając próg tego miejsca, z niewiadomych powodów zawsze kurczył mi się żołądek. Nie wiem czy z niepewności, co tam zastanę, czy ze strachu przed sytuacją, której nie będę potrafiła stawić czoła.

1,2,3 i idę.. W środku krzątali się pielęgniarze, w tym jeden którego na początku uznałam za dziwnego i przed którym miałam nieokreślony respekt. Postawny, wysoki facet po 60, siwy i w dodatku z dość długą brodą. Poznałam go już wcześniej. Był to kierownik personelu pielęgniarskiego na tamtym oddziale. Zawsze głośny, pewny siebie, sprawiał wrażenie dobrze znającego się na swoim fachu.

Dzień dobry, ja do pacjenta X. Po wejściu na oddział zamknęły się za mną potężne drzwi i wbrew powszechnie krążącym anegdotom, posiadały one klamkę, której jednak naciśnięcie nie gwarantowało wydostania się na zewnątrz. Po zerknięciu w kartę moje wcześniejsze przypuszczenia okazały się słuszne, gdyż alkomat wskazywał jeszcze soczyste 0,4 promila w wydychanym powietrzu.

Szczerze powiedziawszy spodziewałam się rosłego, lekko jeszcze podchmielonego i niezbyt miłego chuligana. Ku mojemu zdziwieniu, okazał się on młodym chłopakiem z twarzą o lekko jeszcze chłopięcych rysach.

Dzień dobry pani doktor. Czy mógłbym z panią porozmawiać? Chodzi o to, że ja bym chciał iść już do domu. Przepraszam za całą tę sytuację wczoraj. Bo wie pani, po alkoholu trochę przeholowuję i tak to się czasem kończy…

Chyba wcale nie czasem – pomyślałam sobie.

Odbyliśmy krótką, całkiem miłą rozmowę i stanęło na tym, że będzie musiał zostać do jutra, dopóki całkowicie nie wytrzeźwieje i nie będzie miał żadnych objawów odstawiennych. Ostatecznie jednak czekała nas rozmowa z sędzią i to on ostatecznie zdecyduje o jego dalszym pobycie w naszej klinice. Grzecznie podziękował i udał się do swojego pokoju. Sędzia zadecydował, tak jak zaleciłam, czyli dwudniowy pobyt na obserwacji. Dodatkowo w bezpośredniej rozmowie udzielił młodemu pacjentowi solidnej reprymendy za takie zachowanie i tak nieodpowiedzialne picie alkoholu. Pacjent aż się zaczerwienił i obiecał poprawę.

Czy mu uwierzyłam? Oczywiście, że nie. Przecież nie bez powodu był już któryś raz z kolei do nas przyjmowany w podobnych okolicznościach.

Następnym razem przebywał około tygodnia na oddziale uzależnień, a po około tygodniowym pobycie, zwolnił się na własne życzenie do domu.

Czekolada i dobra kawa to podstawa każdego dyżuru, nieważne czy Cappucino czy espresso.

Mniej więcej miesiąc później po tej sytuacji znowu miałam dyżur, tym razem w tygodniu. Zgłoszenie od lekarza pogotowia – Młody pacjent, upojenie alkoholowe 2 promile, groził ojcu w domu, awantura, policja, psychomotorycznie pobudzony, zagrożenie dla innych i samego siebie. Bach i na psychiatrię. Przez telefon nie skojarzyłam jeszcze nazwiska. Parę minut później pojawiła się karetka i wychodzi pacjent – O nie! Znowu to samo?! – powiedziałam do siebie, w duchu przeklinając oddziaływanie alkoholu na podatne, młode zwoje nerwowe.

Dzień dobry pani Doktor! My to już się znamy, pani to fajna jest! Super, przynajmniej ma miłe wspomnienia z psychiatrii. Po dojściu do łóżka, praktycznie od razu na nie padł i zasnął na następne parę godzin. Uznałam, że jest to pobyt dobrowolny, upewniłam się jeszcze dzwoniąc do ordynatora i poszłam wypełniać dokumentację medyczną.

Stukając w klawiaturę i dokumentując znowu tę samą historię młodego chłopaka, kiełkowało we mnie jakieś dziwne, dotąd nieznane poczucie w stosunku do pacjenta. Smutek? A może zwątpienie, czy zrezygnowanie? Nie potrafiłam dokładnie tego określić. Nigdy nie przejmowałam się aż tak. O tym pacjencie myślałam jeszcze długo w domu. Co można by było jeszcze dla niego zrobić? Rozmawiałam z nim potem jeszcze parę razy w ciągu jego pobytu. Analizowaliśmy jego impulsywne zachowania i co prowadzi do takich sytuacji. Obiecywał, podobnie jak wcześniej, że to już się nie powtórzy oraz, że teraz na pewno będzie unikał nadmiernego spożywania alkoholu. Zorganizowaliśmy wspólnie z pracownikiem socjalnym i doradcą od uzależnień termin 3-miesięcznej terapii w Klinice Uzależnień. Wszystko miało być dobrze. Niestety po jakiś 3 tygodniach znowu pojawił się na oddziale zamkniętym, a historia wróciła jak bumerang.

Tym razem sprawa otarła się o sąd, skąd dostał decyzję o spędzeniu 4 tygodni na oddziale zamkniętym. Po 2 tygodniach pełnych motywacji, rozmów i planu na przyszłość, pacjent wybłagał u szefa przeniesienie na oddział otwarty do terminu wypuszczenia ze szpitala. Często rozmawiałam z pacjentem X, kiedy na dyżurach musiałam iść na ten oddział w innej sprawie. Był zawsze miły i dziękował za moje zaangażowanie. W dzień wypisu spotkałam go jeszcze krótko w szpitalu. Mówił, że wszystko zaplanowane i że tym razem na pewno się uda. Miał ustalony termin terapii uzależnień. Zamierzał skończyć szkołę i nigdy więcej nie pojawić się na psychiatrii w takim stanie, w jakim zwykł to robić. Taki miał plan. Powiedziałam, że mocno trzymam kciuki, żeby mu się udało.

Za około 3 tygodnie koleżanka zdawała raport z dyżuru – Pacjent X przyjęty na oddział z powodu intoksykacji alkoholem 2,2 promile  na oddział otwarty, odbywał terapię uzależnień… W tym momencie nieznane uczucie wróciło ze zdwojoną siłą. Już dokładnie wiedziałam, że to wyraźny zawód, rozczarowanie i smutek. W dodatku przeraziła mnie jego moc. – Przecież jesteś lekarzem. Profesjonalistą. Dlaczego się tym przejmujesz? To jest pacjent i jego życie, jego wybór. Nie wolno ci tak myśleć! Co z ciebie za psychiatra! Mój mózg wraz ze zdrowym rozsądkiem na mnie wrzeszczał.

Dopiero jakiś miesiąc, czy 2 później podczas szkoleń z psychoterapii, dowiedziałam się, czemu one tak naprawdę służą. Nie są to szkolenia z teorii psychoterapii i jak ją poprawnie przeprowadzić. To w dużej mierze nauka poznawania swoich emocji, ich akceptacji, uczenia się reagowania na nie i poznawania ich źródła.

Jeśli ciało A działa na ciało B siłą F (akcja), to ciało B działa na ciało A siłą (reakcja) o takiej samej wartości i kierunku, lecz o przeciwnym zwrocie. III zasada dynamiki Newtona nie tyczy się tylko fizyki, lecz i emocji i interakcji międzyludzkich. Dokładnie na tej zasadzie opiera się duża część psychoterapii. Rozpoznając swoje reakcje oraz emocje i ich funkcje, potrafimy bardzo dużo powiedzieć o zachowaniu pacjenta. To tam nauczyłam się, że każde emocje towarzyszą każdemu, nawet lekarzom. Nie należy ich tłumić, tylko pogodzić się z faktem ich istnienia. W końcu też jesteśmy ludźmi, a nie zimnymi bryłami lodu. Uczestnictwo w tych szkoleniach bardzo mi to pomogło. Dowiedziałam się też, że każdy ma cały plecak lub całą walizkę „adoptowanych” pacjentów i jest to całkowicie normalne. Moja dopiero zaczęła się powoli zapełniać…

2 thoughts on “Psychiatra na kozetce

  1. O niee, tak krótko? Czekam z niecierpliwością na więcej 🙂 swoją drogą pacjenci pod wpływem trzeźwieją na psychiatrii, na detoksie czy na zwykłych oddziałach również?

    1. To i tak jest chyba najdłuższy artykuł na blogu 🙂 U nas w szpitalu bywało to różnie, ci agresywni na ostrym oddziale ogólnym, ci spokojni i kooperatywni mogli na normalnym tzw. Sucht czyli oddziale uzależnień 🙂 Dzięki za komentarz i pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *