Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, czyli jak wynajęliśmy mieszkanie w Dreźnie. Sezon II cz. 3

Był poniedziałkowy poranek, kiedy z ciężkimi powiekami siedząc przy wyspie kuchennej popijałam kawę zrobioną przez Kamila spieszącego się jak zwykle do pracy. Leniwie przewijałam strony polskich i niemieckich serwisów informacyjnych, kiedy to wyskoczyło powiadomienie o nowych wiadomościach e-mail. Wśród kilkudziesięciu reklam, które nieustannie jak bumerang wracają po skasowaniu na moją skrzynkę pocztową, była wiadomość od właściciela domu w Pulsnitz.

Poza umową wynajmu w załączniku jej autor pisał również, że potrzebuje naszych umów o pracę, jak i pasków z wynagrodzeniem za 3 ostatnie miesiące oraz zaświadczenia od poprzedniego wynajmującego o tym, że nie mamy u niego żadnych długów. Dodatkowo musimy jako najemcy nabyć ubezpieczenie na wypadek szkód wyrządzonych przez naszego kota. Nie do końca wiem, czy do mojego nagłego przebudzenia bardziej przyczyniła się wypita właśnie kawa, czy przeczytanie owej wiadomości. Nie miałam zbytnio czasu na zapoznanie się z umową, ale w drodze do pracy zadzwoniłam do Kamila, aby podzielić się z nim nowymi wieściami. Jego zdziwienie było równie duże jak i moje, bo nagle oto facet, który dwa dni wcześniej był skłonny podpisać umowę na brudnym i zakurzonym parapecie, stał się nagle niesamowicie podejrzliwy.

W pracy starałam się oddalić od siebie myśli na ten temat i skupić się na tym, co było tego dnia do zrobienia, tak też odpowiedź na otrzymanego maila odłożyłam na wieczór. W domu po raz pierwszy zapoznałam się z umową najmu, która poza tym, że liczyła 11 stron, to do tego była mówiąc trywialnie zerżnięta z jakiejś spółdzielni mieszkaniowej, której logo właściciel nie potrudził się nawet w żaden sposób usunąć. Ale w sumie był to najmniejszy problem, ponieważ każda strona obfitowała w idiotyczne i budzące kontrowersję zapisy jak np. prawo do niezapowiedzianych kontroli mieszkania, konieczność zawarcia umowy ubezpieczeniowej na wypadek zniszczeń spowodowanych działalnością kota itp. Moim faworytem był zdecydowanie zapis o utrzymywaniu w każdym pomieszczeniu poza sypialnią temperatury 21°C mierzonej na wysokości 10 cm od podłogi… Bardzo jestem ciekawa, jak jego autor wyobrażał sobie sprawdzenie egzekwowania tegoż, jakże kreatywnego wymogu. Oprócz tego jedna ze stron była do połowy zapełniona kosztami dodatkowymi takimi jak kominiarz, odśnieżanie, koszenie trawy (mimo, że już uzgodniliśmy, że będziemy to robić na własną rękę), odprowadzanie deszczówki i koszty ewentualnych napraw uszkodzeń nie wyrządzonych przez nas. Ale jak już napisałam umowa to jedno, a dokumenty dodatkowe, w postaci umów o pracę, jak i pasków z wynagrodzeniem to drugie.

Wspólnie przeanalizowaliśmy wszystko i postanowiliśmy odpowiedzieć, że umowy o pracę możemy przedstawić do wglądu na miejscu podczas przekazania domu, a o jakimkolwiek wysyłaniu wrażliwych dokumentów WhatsAppem, czy za pośrednictwem poczty elektronicznej nie ma nawet mowy. Nie obawiałam się tyle tego, że ktoś w jakiś sposób przechwyci moją korespondencję, tylko nie miałam zaufania do tego człowieka. A co jeśli moja umowa potem będzie wisiała na każdym słupie ogłoszeniowym w Pulsnitz? Może to trochę wybujała wizja, ale po dwóch latach na psychiatrii wiedziałam już, że nic nie jest niemożliwe… Zawarliśmy wszystkie budzące wątpliwości kwestie w jednej wiadomości i odesłaliśmy jej adresatowi. Nie musieliśmy długo czekać, ponieważ już tego samego dnia pojawiło się powiadomienie o nowej korespondencji.

W odpowiedzi właściciel zobowiązał się do przeredagowania umowy tak, aby pasowało nam, jak i im. Poza tym nie wyraziłam się chyba wystarczająco jasno w kwestii wysyłania żądanych dokumentów zarówno drogą elektroniczną, jak i jakąkolwiek inną, ponieważ zaproponował, że jeżeli boimy się, że nasze dokumenty wpadną w niepowołane ręce, to w sumie WhatsApp oferuje opcję zaszyfrowanego transferu plików, co znacząco podnosi poziom bezpieczeństwa… Następnego dnia ręce mi opadły coraz bardziej, ponieważ po otwarciu otrzymanej właśnie wiadomości moim oczom ukazała się umowa, która w zasadzie w żaden sposób nie odbiegała od poprzedniej. W zasadzie już wtedy wiedziałam, że nic z tego nie wyjdzie i po kilkudniowej bezowocnej wymianie korespondencji odpuściliśmy sobie ten temat i zaczęliśmy planować kolejny wyjazd do Drezna.

Oboje od razu zaczęliśmy przeglądać ogłoszenia oraz dzwonić w celu ustalenia terminu najlepiej na weekend. Podobnie jak poprzednio, część wynajmujących było nieosiągalnych, agenci nieruchomości mieli terminy zarezerwowane na dwa lata do przodu, a na pytanie o możliwość spotkania się w weekend większość reagowała chichotem lub nawet oburzeniem. Na szczęście nie wszyscy, ponieważ udało nam się umówić dwa terminy w Dreźnie. Jeden w Neustadt, a drugi w Albertstadt. Oba mieszkania różniły się diametralnie. To w Neustadt było dwukondygnacyjnym, 3-pokojowym loftem o pow. ponad 100 m² z przepiękną antresolą, z której był widok na znajdujący się poniżej salon. Mieszkanie było obecnie zamieszkałe, a całym wynajmem nie zajmował się ani właściciel, ani agent, lecz obecny najemca. Do tego w ogłoszeniu było napisane, że znajdujące się w lokalu meble kuchenne należały do obecnie zamieszkującego jegomościa, który chciał, aby następny odkupił od niego owe meble, co trochę nam nie pasowało, bo przecież mieliśmy własne meble. No ale cóż, jak się nie ma co się lubi… To w Albertstadt było całkiem nowe i dotychczas niezamieszkiwane przez nikogo. Powierzchnia ok. 70 m², dwa pokoje z aneksem kuchennym. Standardowe, niczym się nie wyróżniające mieszkanie, które można by określić mianem funkcjonalnym, gdyby nie fakt, że prawdopodobnie nie posiadało piwnicy oraz windy. Prawdopodobnie, ponieważ ogłoszeniodawca nic nie wspomniał o ich istnieniu, a podczas rozmowy z nim zapomniałam o to zapytać. Wyjazd, podobnie jak poprzednio, ze względu na kota zaplanowaliśmy na jeden dzień tak, aby Monek mógł zostać w domu.

Widok na Drezno

Nadeszła sobota, a raczej noc z piątku na sobotę… Ze snu zostałam wyrwana przez Kamila, który bez chwili zwłoki oświadczył mi, że zaspaliśmy. Było tuż przed 6, a pierwsze spotkanie umówiliśmy na 10.30. W niewyobrażalnych męczarniach zwlokłam się z łóżka i oślepiona światłem żarówki powłócząc nogami udałam się w kierunku kuchni, gdzie już przygotowywana była świeża kawa. – Jak on to robi, że wstaje i od razu przechodzi do działania? – zapytałam sama siebie w myślach i usiadłam przy kuchennej wyspie, co z kolei spotkało się ze stanowczą dezaprobatą Kamila, który natychmiast przypomniał mi, co jest jeszcze do zrobienia. Po rekordowym czasie 30 minut siedzieliśmy już w aucie gotowi do podróży, po czym nastąpiła standardowa seria pytań pogrążających: – Kota nakarmiłaś? – Zamknąłeś drzwi i wziąłeś klucze? – Zgasiłaś światło w łazience? – Wziąłeś dokumenty i portfel? Wszystkie wątpliwości, które nie mogły być rozwiane na miejscu, pozostały nierozwiane, ale wspólnie stwierdziliśmy, że nikt z nas nie włączał żelazka, także mieszkanie raczej nie pójdzie z dymem i nie ma potrzeby zawracania. Nawigacja w telefonie nie pozostawiała żadnych złudzeń. Od celu podróży dzieliło nas ponad 550 km lub 5 i pół godziny jazdy. – Godzina spóźnienia… Koło ósmej zadzwonię i przełożę spotkanie na 11.30, o ile się da… – pomyślałam. Nie przejechaliśmy 50 km, a ja już spałam jak zabita na siedzeniu pasażera. Ze snu wyrwał mnie telefon od mojej mamy – No cześć. Gdzie tam jesteście? – usłyszałam w słuchawce. Szybki rzut oka na ekran nawigacji i stwierdziłam, że byliśmy ok. 100 km od Drezna, a przewidywany czas przybycia nieoczekiwanie przesunął się na 10.15. – Czyżbyśmy mieli zdążyć? – pomyślałam. Zrobiliśmy krótką przerwę na tankowanie i toaletę, po czym pognaliśmy dalej autostradą w kierunku stolicy Saksonii.

Nawigacja faktycznie nie kłamała, ponieważ o 10.20 staliśmy już pod blokiem. Neustadt. Jeśli miałabym opisać jednym słowem tą część Drezna, to myślę, że najodpowiedniejszym byłoby skrajność. Jest to niewątpliwie najbardziej trendy i imprezowa dzielnica, która do życia budzi się po zmroku. Jest tu mnóstwo małych knajp i restauracji, które zaspokoją głód wszystkich, bez względu na zasobność portfela. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Jeśli chodzi o architekturę, to fanów niemieckiego Ordnungu muszę zasmucić, ponieważ mało co trzyma się tutaj kupy. Znajdziemy tu ekskluzywne osiedla i wille z niezwykle czystym otoczeniem oraz zniszczone i zaniedbane, budowane w różnym stylu kamienice. Na ulicach króluje nierówny bruk, a ściany budynków przyozdobione są często przez lokalnych grafficiarzy.

Blok, przed którym staliśmy, zdawał się trafiać w charakter tej dzielnicy gdzieś w środek. Była to tak dobrze znana mi już z ulic Wrocławia, tzw. plomba. Dlaczego plomba? Bo budynki, które sąsiadowały z nią w niczym jej nie przypominały. Prawdopodobnie pod koniec II WŚ w miejscu tym spadła aliancka bomba, która zniszczyła wówczas tu stojącą nieruchomość.

Dzielnica Neustadt

Blok nie wyglądał źle. Wyróżniał się od innych dużymi, okrągłymi oknami  na klatce schodowej. Zadzwoniłam do najemcy, aby obwieścić nasze przybycie. Po chwili drzwi otworzył nam brodaty facet po 30-stce, wyglądający jak typowy hipster. Pojechaliśmy malutką windą na czwarte, najwyższe piętro. Po wejściu do mieszkania naszym oczom ukazał się przytulny loft, w którym większość ścian była w ciemnych kolorach. Na podłodze natomiast królował parkiet, który składał się z drobniutkich deseczek. Mieszkanie było zaniedbane i było w nim brudno, co jednak nie przeszkadzało mi oczami wyobraźni urządzać je według własnego upodobania. Po wejściu na antresolę, na której znajdowała się sypialnia i łazienka, wiedziałam już, że muszę to mieszkanie mieć. Co prawda na próżno było tu szukać balkonu, a którym mogłabym uprawiać swoje zioła, ale jago brak wynagradzał piękny obustronny widok na ulicę z jednej oraz dziedziniec z drugiej strony. Krótka rozmowa z najemcą, który przypominał o tym, że meble kuchenne zostają, szybki bilans.Ok, bierzemy. – na co usłyszeliśmy odpowiedź – Świetnie! To jesteście parką nr 3. – Yyyyyy… Że co? Okazało się, że Pan zbierał od tygodnia potencjalnych interesantów i w poniedziałek miał przedstawić wszystkich kandydatów właścicielowi mieszkania, który dawał sobie jeszcze tydzień do namysłu… – Aaaaa. No to jak tak to super! Przecież uwielbiamy castingi… – pomyślałam, robiąc dobrą minę do złej gry. Na zakończenie zostaliśmy zapytani, czy nie odkupimy od niego za 200 € jakiegoś drewnianego żyrandola. Kamil powiedział, że mamy wystarczająco swoich i pożegnaliśmy się.

Tu mieliśmy zamieszkać…

Oboje zmieszani opuściliśmy mieszkanie i udaliśmy się w stronę Albertstadt dyskutując o tym, co się właśnie wydarzyło. Zanim dotarliśmy na miejsce, musieliśmy przejechać przez niekończące się paskudne osiedle 4-piętrowych bloków, które do złudzenia przypominało te nasze ze złotego okresu, jakim był PRL. Poza blokowiskiem, szkołą i przedszkolem nie było tu zupełnie nic. Ot takie miejsce, w którym po pracy można się położyć spać, aby nazajutrz zacząć kolejny beznadziejny dzień. Znaleźliśmy właściwy adres bez problemu, ponieważ budynek, w którym znajdowało się mieszkanie, był nowy i nieco wyróżniał się na tle pozostałych. W oczekiwaniu na agenta nieruchomości przyjrzeliśmy się mu nieco z zewnątrz. Budynek był dość mały w porównaniu do swoich sporo starszych sąsiadów i przypominał trochę wieżę do gry Jenga. Balkony natomiast nie były betonowe, tylko metalowe, w formie dostawki. Jak tylko to zobaczyłam, zaczęłam się zastanawiać, czy to aby bezpieczne.

W międzyczasie zjawił się przedstawiciel agencji nieruchomości, który po krótkim przywitaniu zaprowadził nas do mieszkania na pierwszym piętrze. W budynku była winda, sporo większa niż ta, którą widzieliśmy tego samego dnia w Neustadt. Ktoś mógłby zapytać: – Po co Ci winda skoro mieszkanie jest na pierwszym piętrze? – w sumie po nic, ale w trakcie przeprowadzki lepiej windę mieć, niż nie mieć. Mieszkanie było całkowicie nowe, w stanie deweloperskim, czyli białe ściany i nic poza tym. Całkiem przytulne dwa pokoje z aneksem kuchennym i jak się później okazało bez piwnicy, co w naszym przypadku było niewątpliwą wadą, ze względu na zgromadzone dotychczas rzeczy. Na pocieszenie istniała możliwość wynajęcia, znajdującego się przed budynkiem, zamykanego boksu o powierzchni 2-3 m². No cóż. Zawsze to coś, ale tam i tak nie będziemy mogli trzymać swoich przetworów. Latem upiornie gorąco, zimą przy pierwszym lepszym mrozie wszystko popęka – pomyślałam. Pan powiedział nam, że ma jeszcze dokładnie dwa takie same mieszkania po przeciwnej stronie budynku na 2 i 3 piętrze. I wtedy wypłynęło na wierzch, że budynek należy do przedsiębiorstwa Vonovia, o którym pisałam w pierwszym wpisie tej serii. Minimalny okres wynajmu 2 lata, a przy zdawaniu mieszkania spowiedź z każdej nierówności na ścianie, czy rysy na podłodze. Niestety wielkiego wyboru nie mieliśmy. Serce podpowiadało, aby zaryzykować i wziąć udział w castingu w Neustadt, ale rozum był innego zdania i mówił, żeby brać to co teraz proponują, tym bardziej, że agent miał przy sobie komplet dokumentów. Jak zwykle daliśmy sobie dzień do namysłu i pożegnawszy się ruszyliśmy w podróż powrotną do domu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *