Reaktywacja bloga, bo jednak czegoś brakowało…

Parę słow o tym gdzie byłam ostatni rok i reaktywacja bloga.

Już bardzo długo mnie tu nie było. Właśnie w tym momencie zorientowałam się nawet, że nie umiem już pisać na polskiej klawiaturze 🙂
Z zamieniło się z Y i nie chce się już odmienić, więc wychodzą śmieszne wyrazy. Dobrze, że korektą tekstów zajmuje się Kamil, to jest jeszcze szansa, że będzie to jakoś wyglądało. Co jakiś czas nadchodziły mnie wątpliwości, czy po takim czasie jest sens reaktywować bloga. Postanowiłam też pisać dziennik, bo pisanie ma na mnie wpływ zdecydownaie terapeutyczny. Pomaga uporządkować myśli i wydarzenia. Sama również polecam to swoim pacjentom. Jednak dziennik to nie to samo. Ciągle się zastanawiałam, jak to będzie brzmiało. Ciągle miałam wrażenie, że przecież Czytelnicy tego, czy tamtego nie zrozumieją, że przecież muszę naświetlić kontekst wydarzeń. No właśnie. Czytelnicy. Chyba tego mi najbardziej brakowało! Interakcji.

Biuro korekcyjne na pełnych obrotach


Przyczną mojej bardzo długiej nieobecności było, jak to normalnie bywa, samo życie. Zaczęłam intensywnie dyżurować i czas skurczył się niewzobrażalnie.
W dodatku rozpoczęłam przygodę z psychoterapią, co sprawiło, że już z resztkowych weekendów, zostały ledwie jakieś skrawki.
Na nowo też odkryłam jedną ze swoich największch pasji, czyli fotografię. Szczególnie ugotowanych przez siebie potraw, ale też od czasu do czasu trafi się jakieś zdjecie makro bliżej nieokreślonego owada.

W kwietniu 2018 zostałam też przeniesiona na oddział zamknięty. Bardzo się z tego cieszyłam, ponieważ miałam nadyieję, że w końcu dyżury przestaną być dla mnie tak stresujące oraz, że będę miała szansę nauczyć się tej prawdziwej psychiatrii, a nie chodzić po omacku na dyżurach. Na początku bardzo mi się podobało, gdyż zastałam tam super team pielęgniarek i pielęgniarzy oraz miłą panią ordynator. Jednak po 2 miesiącach odszedł kolega, bo jakoś nie wytrzymał presji… Jakiej presji myślałam sobie wtedy. Przecież wszystko można ogarnąć. Co z tego, że trzeba zostać czasami jedną, czy dwie godziny dłużej. U mnie zawsze wszystko musiało grać i być wyjaśnione do końca. Wszyscy mnie doceniali i byli zachwyceni moją pracą. Kolejny kolega, który przyszedł do pracy na tym oddziale był bardzo miły. Na początku wszyscy przymykali oko na to, że notorycznie się spóźniał i pobieranie krwi było zrobione też z opóźnieniem. Na początku też z wielkim zaciekawieniem patrzyłam, jak zacięcie czesze brodę, przy otwartych drzwiach w naszym gabinecie, przez co to również nie mogło umknąć uwadze naszych pacjentów. Uważałam takie zachowanie za niebywale nieprofesjonalnie, przez co czułam, jak rośnie we mnie poziom poirytowania i zażenowania.
Nie bez znaczenia był też fakt, że jakoś od lipca poprzedniego roku planowaliśmy naszą kolejną przeprowadzkę. Chcieliśmy przeprowadzić się bliżej Polski, nie wiedzieliśmy tylko kiedy.
Sytuację zdecydowanie przyspieszyły nam plany zawodowe Kamila. Pozostało tylko pytanie, czy przeprowadzamy się razem w jednym czasie, czy Kamil najpierw, a ja poszukam sobie pracy na spokojnie?

Miejsce naszej przyszłej destynacji


Pewnie by się tak potoczyło, gdyby nie fakt, że ze swojego ówczesnego miejsca pracy przestałam być zadowolona. Ludzie, znajomi, niby wszystko poukładane a jednak w pracy spędzałam znaczną ilość czasu. Nie chciałam być ciągle tak zła i niezadowolona. Ordynatorka, moja bezpośrednia przełożona, była, co tu dużo mówić, po prostu beznadziejna.
W ogóle nie potrafiła podejmować ważnych, z punktu widzenia ostrego oddziału psychiatrii, decyzji. A tam nie dość, że było istotne, aby te decyzje były trafne, to i szybkie. Do tego często owa pani doktor przy swoich przełożonych, jak i przy mnie potrafiła wszystkiego się wyprzeć i powiedzieć, że ona nie ma z tym nic wspólnego, a winę ponosi personel niższego szczebla, który samowolnie dokonał takich, a nie innych decyzji.
Bardzo często miewałam dyżury w piątki, a piątki były z reguły cieżkie na naszym ostrym oddziale. Czasem w ciągu jednego popołudnia mieliśmy 4 do 5 przjęć. Bardzo często zdarzało się też, że jako lekarz dyżurny musiałam dopilnować również oddział, na którym pracowałam, ponieważ kolega z oddziału był, albo po dyżurze, albo na urlopie, albo chory. Dodatkowo tego wszystkiego nie ułatwiał fakt, że w piątki odbywały sie wizyty Chefarzta (Ordynatora wszystkich ordynatorów – ktoś jak szef wszystkich szefów), kiedy i on dokładał swoje 3 grosze odnośnie pacjentów już przyjętych, a tu już u drzwi stali nowi do przyjęcia, a musicie wiedzieć, że psychiatria jest na tyle specyficzną dziedziną medycyny, gdzie trzeba w miarę szybko ocenić stan pacjenta, jego motywację do leczenia, zagrożenie samobójstwem, czy jego agresję w stosuknu do otoczenia.

Może zostać przjęty na oddział otwarty?
Może iść do domu, mamy wystarczającą liczbę łóżek? A może pacjent wcale nie jest kooperatywny i potrzebuje unieruchomienia i leczenia przymusowego? A może właśnie zmienił zdanie i z tymi myślami samobójczmi chcę się oddalić w bliżej nieokreślonym kierunku? Albo jest pod wpływem alkoholu, narkotyków i nie wiadomo dokładnie czego jeszcze? A może doznał udaru i stąd nagła zmiana świadomości oraz agresywne zachowanie? Dlatego tutaj, jak i też w wielu innych dziedzinach medycyny, kluczowe jest szybkie podjęcie trafnej decyzji. Potem jest czas na składanie wniosków do sądu, uzupełnianie dokumentacji, itp.
Jeden piątek pamiętam do dnia dzisiejszego. Wizyta szefa jak to zwykle bywa, 5 przyjęć jedno po drugim i do tego mój dyżur. Mało kto mógł mi pomóc, bo w całym szpitalu było tego dnia niewielu lekarzy. W tamtym szpitalu lekarz dyżurny musiał sporo również ogarniać jeszcze w ciągu dnia. Teoretycznie wtedy jeszcze nie miał dyżuru, gdyż ten zaczynał się zgodnie z regulaminem o 16:30.
W sumie nie wiedziałam w co ręce włożyć, ale liczłam, że ordynatorka pomoże mi z przjęciami i prznajmniej wstępnie zdecyduje, co ma się dziać z pacjentami. Był to przecież również jej obowiązek.
Niestety, jak to miała w zwyczaju, również z niego nie miała ochoty się w tym dniu wywiązać. Na końcu już zapytałam, czy mogłaby zadzwonić do sądu, aby usprawnić postępowania. Pani Ordynator stwierdziła również wtedy, że to nie leży w sferze jej obowiązków. Pierwszy raz chyba w pracy poczułam taką bezsilność, że miałam łzy w oczach. Mając już niejakie doświadczenie z innymi ordynatorami wiedziałam doskonale jak to powinno wyglądać. Byłam naprawdę wściekła. Mimo, że w następnym tygodniu poszłam do szefa, o tym porozmawiać, wiedziałam, że to nie przniensie oczekiwanego skutku. Po fali złości i totalnego rozczarowania, przyszedł czas na krótkie przemyślenia i już wiedziałam, że klamka zapadła i kijem Wisły nie cofnę – i gdzieś tam w środku podjęłam już decyzję.

Ja vs. Decyzje

Potem przyszedł wrzesień, Kamil musiał być od grudnia w Dreźnie. Sama mu to poniekąd zaplanowłam 😉 Wiedziałam, że Drezno będzie dla nas lepsze. Bliżej Polski, duże miasto, zupełnie inne możliwości rozwoju. Na podejęcie decyzji dałam sobie parę dni i wzięłam wolne z nadgodzin w pracy. Długo myślałam jak rozwiązać tę sytuację. Swoje wątpliwości, w zasadzie bez ograniczeń, mogłam omawiać i rozwiewać na spotkaniach tzw. Selbserfahrung (w wolnym tłumaczeniu doświadczenie samego siebie), części szkolenia z Psychoterapii. Wszyscy obecni tam psychiatrzy słuchali moich opowieści ze szpitala z wielkimi oczami, potwierdzając, że zdecydowanie nie tak powinna wyglądać rzeczywistość lekarza rezydenta. W połowie urlopu postanowiłam wysłać podanie o pracę do dwóch szpitali w Dreźnie i niedaleko Drezna.
Na jedną odpowiedź czekałam i czekałam, na drugie podanie o pracę sam Szef szpitala odpowiedział już następnego dnia rano i zaprosił na rozmowę o pracę. Postanowiłam spróbować…

Cdn..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *