Przygoda z Dreznem, ciąg dalszy mojej historii

Zdecydowałam się pojechać na tę rozmowę. Co miałam w końcu do stracenia. Chciałam się przekonać, co mają do zaoferowania, jak wygląda inny szpital i praca na psychiatrii w innym miejscu. Jeszcze nic nie było pewne, a ja byłam w o tyle dobrej sytuacji, że mogłam zostać w swoim szpitalu i odczekać, aż Kamil skończy kurs i dojechać później, kiedy bym znalazła odpowiednią pracę, mogliśmy zostać tam, gdzie byliśmy lub oboje zacząć wszystko w nowym miejscu. Drezno zawsze bardzo mi się podobało, jest bardzo zbliżone atmosferą do mojego ukochanego Wrocławia. Poza tym minęły już dwa lata i jakby nie patrzył, byłam już gotowa na nową przygodę i nowe czekające na mnie gdzieś tuż za rogiem wyzwania. Chciałam i nadal chcę uczyć się jak największej ilości nowych rzeczy, poznawać nowych ludzi. Nie wyobrażam sobie jeszcze osiąść w jednym miejscu, osiedlić się i zapuścić korzenie. O co to, to nie. Uważam, że świat jest na tyle cudowny, otwarty, że takie postępowanie byłoby niemal grzechem. Cieszę się, że znalazłam kompana do tej przygody, teraz nawet już dwóch. I tak, jak podjęliśmy decyzję o przeprowadzce do Niemiec, w sumie w jedno popołudnie, tak samo łatwo przyszło to i teraz. Kwestia była tylko kiedy i w jakiej kolejności.

Drezno, Blaues Wunder

Najpierw praca, potem zobaczymy. W związku ze zbliżającym się terminem rozmowy, wzięłam jeden dzień urlopu, a że rozmowa wypadała w poniedziałek, zaplanowaliśmy wypad do Wrocławia z noclegiem i z Wrocławia do Drezna. Problem był tylko, bierzemy Monka, czy zostaje w domu? W związku z tym, że był jeszcze dosyć mały i 2 dni raczej sam by nie został. Poza tym nie wyobrażam sobie, że mój Kuciu miałby nie wybrane przynajmniej dwa razy dziennie z kuwetki… Do tego Monek źle znosił samotny czas w domu, a podróże dużo lepiej, więc zdecydowaliśmy go zabrać. Podróżna kuwetka, mleko kocie, przekąski i w drogę. Jak to z Monkiem bywa, przespał całą drogę z przerwą na siku i smakołyki.

Jak zwykle w trakcie wizyty we Wrocławiu, wraca ogromna ilość wspomnień, oczywiście tych dobrych, którym towarzyszą myśli, czy wszystkie decyzje, które wspólnie podjęliśmy ostatnimi laty były trafne? Czy nie lepiej było zostać w Polsce? Czy nie byłoby łatwiej? Nostalgiczny nastrój był spotęgowany winem późnym wieczorem przy oknie pokoju na 40 piętrze Sky Tower. Obserwowaliśmy nocne migoczące w oddali światła, mając pod sobą Wrocław, a za sobą spędzone tu 7 lat. Tylko, czy zostając w Polsce miałabym tyle czasu, co teraz, aby tak odpłynąć ze swoimi myślami, czy raczej gnałabym robiąc dyżur za dyżurem, starając się pomóc dopiąć grafik dyżurowy w kolejnym niewydolnym szpitalu?  Strasznie mnie zasmuca myśl, że niestety w większości przypadków tak wyglądają pierwsze lata pracy w polskiej, szpitalnej rzeczywistości. Ale nie ma co gdybać, bo tak to już jest, że nie da się poznać alternatywnego przebiegu swojego życia.

Wrocław nocą…

Wracając do tematu, to jestem szczęśliwa, że mogę uczyć się ciągle nowych rzeczy, uczestniczyć w kolejnych szkoleniach, poznawać nowych ludzi, pochodzących z różnych zakątków świata, reprezentujących inny, odmienny światopogląd. W Niemczech mam przyjaciół i znajomych z całego świata (Niemiec, Syrii, Iranu, Rosji, Białorusi, Rumunii, Brazylii, Egiptu czy Pakistanu). Kiedy spotykamy się przy winie oraz pysznym jedzeniu i rozmawiamy wszyscy po niemiecku, bo jakże inaczej, czuję, że właśnie tak wyobrażałam sobie moje życie. Być otwartą na inne światy, nie zamykając się, nie osądzając, próbując poznać, zrozumieć inne kultury i rzeczywistość. Zawsze chciałam wyjść do świata, ale nigdy nie przypuszczałam, że to świat wyjdzie do mnie. Praca w tak różnorodnym środowisku pozwala nauczyć się szacunku do drugiego człowieka, nieważne ile ma lat, nieważne skąd pochodzi, czy nosi chustę lub ma inny kolor skóry. Wszyscy jesteśmy lekarzami, kolegami, wszyscy równi i to jest naprawdę super. Myślę, że nigdy bym tego nie doświadczyła pracując w Polsce i jest to niewątpliwie cenne doświadczenie.

Następnego dnia udaliśmy się z powrotem w kierunku Drezna do szpitala, gdzie miała odbyć się moja rozmowa o pracę. Prawdziwa psychiatria, pomyślałam sobie widząc kompleks przedwojennych budynków, częściowo już odnowionych, zlokalizowanych w ogromnym parku. Klimat podobny jak na wrocławskiej psychiatrii, tylko ciut ładniej i bez towarzystwa więzienia naprzeciwko, pomyślałam. Po znalezieniu odpowiedniego budynku, zostawiłam chłopaków w aucie i udałam się na rozmowę. W ogóle nie miałam tremy, jak przy mojej pierwszej rozmowie w Niemczech. Przecież teraz już nie miałam problemów z językiem, miałam niejakie doświadczenie na psychiatrii, kursy, szkolenia i w sumie nic do stracenia. Que sera, sera – co ma być, to będzie.

Piękna łąka w parku na psychiatrii

Przywitała mnie sekretarka szefa z trwałą na głowie, jakby ktoś siłą tę panią wyciągnął z filmów rodem z PRL lub DDR. Troszeczkę sztywna, zdecydowanie nieskłonna do Small Talks, które Niemcy tak uwielbiają. Proszę poczekać na profesora – powiedziała oschle. Po około 5 minutach, otworzyły się ciężkie, drewniane drzwi gabinetu profesora, zza których nieco nieporadnie wytoczył się mały mopsik. Ciekawe, czy to piesek od terapii ze zwierzętami – od razu przemknęło mi przez głowę. Potem ujrzałam wyłaniającego się profesora, który na pierwszy rzut oka wydawał się bardzo przyjazny, a za nim pojawiło się jeszcze parę osób, czyli główna ordynatorka i zastępczyni szefa w jednym, szefowa kadr i jeszcze jeden pan, którego w ogóle nie pamiętam. Spore grono jak na jedną Assistenzärztin – pomyślałam. Zaczęli od standardowego zaproponowania wody lub kawki i poproszenia o opowiedzeniu o sobie. Poprosiłam o wodę niegazowaną, po czym okazało się, że w ofercie Profesora brakuje tego typu napoju, co spotkało się z delikatną uszczypliwością ze strony zastępczyni szefa, no bo jak to, pan profesor proponuje coś czego nie ma. Uśmiechnęłam się tylko pod nosem. Następnie odbyła się standardowa rundka pytań o to, skąd jestem, jak wyglądała dotychczas moja praca i gdzie pracowałam. Potem przyszła kolej na pytania z mojej strony i już po około 30 minutach, które upłynęły jak z bicza strzelił, grzecznie poprosili mnie o wyjście, żeby móc się naradzić. Nie zdążyłam nawet dopić mojej wody, a profesor już zaprosił mnie z powrotem do środka, mówiąc, że podobnie jak podczas egzaminów na studiach, jeżeli coś przebiega szybko i sprawnie, to jest dobry znak, co sprawdza się również i w tym wypadku. Oświadczył, że mam u nich miejsce pracy i bardzo by się ucieszyli, gdybym do nich dołączyła.

Spytałam, czy mogę dać im odpowiedź do dwóch dni, z czym oczywiście się zgodził. Grzecznie się pożegnaliśmy i z pracą w kieszeni opuściłam szpital. Potem burza mózgów w aucie, co właściwie robimy. Daliśmy sobie parę godzin do namysłu i zdecydowaliśmy, że odpowiem, jak się z tym wszystkim najpierw prześpimy.

Ja chyba już wiedziałam. No bo przecież w mojej dotychczasowej pracy już mi się nie podobało, czułam, że się duszę, że muszę coś zmienić. Kamil miał wyjechać na co najmniej 9 miesięcy do Drezna, czemu więc już nie teraz? Pozostało tylko dowiedzieć się, jak załatwić sprawy formalne, jak psychoterapia, czyli mój kurs w Münster i jego przeniesienie, czy ewentualną kontynuację.

Cudna wiosna w Dreźnie…

Dużo myślałam i jednak chęć przeżycia czegoś nowego znowu wygrała z poczuciem stabilizacji i spokoju. Ahoj przygodo! Przeprowadzamy się do Drezna! Ok, tylko jak to zrobić praktycznie? 700 km na wschód, kiedy ma się własną, ogromną, misternie urządzoną kuchnię, własne meble, kota z ogromnym drapakiem. Jak to ugryźć logistycznie? Do tego czekały nas poszukiwania mieszkania w Dreźnie. No cóż, mieliśmy niecałe 4 miesiące, żeby to wszystko zaplanować.

9 thoughts on “Przygoda z Dreznem, ciąg dalszy mojej historii

  1. Świetna historia, jak czytam sam odczuwam te emocje, ekscytacje i w końcu radość po tym jak po rozmowie o pracę dostaje się odpowiedź pozytywna. Czekam na dalsze losy:) A może jakoś wpis porównujący pracę w obu miejscach, podobieństwa, różnie(?)

    1. Na pewno pojawi się taki wpis, ale to bardzo szeroki temat! 🙂 już nawet mam zarys, o czym chcę napisać:) Pozdrawiam ciepło! 🙂

  2. Cześć, jestem studentką lekarskiego, rozważam robienie specjalizacji w Niemczech. Nasunęło mi się takie nietypowe pytanie. Powiedzmy, jest taka sytuacja – mieszkam na terenie przygranicznym, staż zrobiłam w Polsce, zdałam LEK, speckę robię za granicą. Czy zgodnie z prawem mogę założyć prywatną praktykę w rodzinnej miejscowości, np. pod koniec specki? Albo czy mogę wystawiać recepty pro familia w Polsce? Z góry dzięki za odp. 😉

    1. Możesz! Jeśli nie zrzekłaś się prawa do wykonywania zawodu w Polsce, to jak najbardziej! Ja się zrzekłam, ale mimo wszystko w Polsce mogę kupować leki z receptami zagranicznymi, bez problemu. odzyskanie prawa ponownie w Polsce polega tylko na złożeniu dokukentów w Izbie Lekarskiej 🙂

      1. Super, dzięki za odpowiedź. A dlaczego się zrzekłaś, jeśli mogę spytać? Było to związane z jakimiś kwestiami prawnymi?

        1. Raczej z finansowymi, jeżeli bym się nie zrzekła, to będąc członkiem Izby Lekarskiej uiszczałabym miesięczną opłatę w wysokości ok .70 zł. Prze 5 czy 6 lat specjalizacji daje pokaźną kwotę 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *