Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, czyli jak wynajęliśmy mieszkanie w Niemczech cz.2

Z Kamilem znamy się już na tyle długo, że jesteśmy w stanie na podstawie mowy ciała stwierdzić, co drugie z nas sądzi na dany temat. Widziałam po nim jednoznacznie, że mieszkanie zdecydowanie przypadło mu do gustu. Oczywiście pogodziliśmy się już z faktem, że w Niemczech wiele mieszkań, szczególnie tych nowych, nie posiada w zasadzie żadnego wyposażenia, no może poza wykończoną łazienką. Białe, wytapetowane ściany, żarówki wiszące w oprawkach pod sufitem, o dziwo również wytapetowanym i niosące się echo… Widząc coś takiego z jednej strony człowiek obawia się ogromnego wyzwania związanego z urządzeniem takich czterech kątów. Z drugiej jednak cieszy się, że w zasadzie wszystko co zrobi, będzie tak, jak sobie to wymarzył i jedynym ograniczeniem jest własna wyobraźnia i pieniądze.

Po odwiedzeniu wcześniejszych, już „urządzonych” mieszkań oraz „apartamentów”, zaczęliśmy dostrzegać pozytywne strony wynajmu całkowicie pustego mieszkania. Już po kilku minutach od przekroczenia progu oczami wyobraźni zaczęłam je meblować. Szczególnie spodobał mi się ogromny salon połączony z aneksem kuchennym. W końcu kuchnia moich marzeń znalazła miejsce na to, aby przenieść ją na płaszczyznę rzeczywistości. Wreszcie niedobór miejsca przestał mieć znaczenie i już w tym momencie wiedziałam, że stanie tu ogromna wyspa kuchenna.

 

 

Dodatkowo w salonie zamontowano trzy pary ogromnych drzwi balkonowych, które nie tylko go rozświetlały, ale też po otwarciu na oścież powiększały go o kolejne kilkanaście metrów kwadratowych. Idealne miejsce na sobotnie, leniwe śniadanka, czy też wieczorne pogaduszki przy butelce wina i blasku gwiazd… Chwilami tak mocno skupiałam się na własnych myślach, że całkowicie przestałam słuchać tego, co mówi właścicielka. Na szczęście Kamil był na tyle przytomny, że omawiał z nią wszystkie poruszane kwestie, podczas gdy ja bujałam w obłokach.

Oprócz salonu z aneksem, mieszkanie składało się też z dwóch pokojów oraz łazienki. Co ciekawe, nie było tam żadnego korytarza, czyli po przekroczeniu drzwi wejściowych, człowiek znajdował się od razu w salonie. To żaden problem – myślałam sobie. Zaraz przy wejściu ustawimy szafę na kurtki i buty. Po problemie. Potem poszliśmy jeszcze obejrzeć miejsce garażowe oraz piwnicę. Przez cały czas utwierdzałam się w przekonaniu, że tym razem warto jak najszybciej zdecydować się na wynajem. Tym bardziej, że właścicielka sprawiała wrażenie konkretnej babki. Na koniec podkreśliliśmy, że jesteśmy zainteresowani i zapytaliśmy, co ona sądzi na ten temat. Stwierdziła, że ma jeszcze na jutro umówioną jedną parę na oględziny, a nie chce odmawiać już tego spotkania, więc decyzję podejmie zaraz po tym. Szlag jasny by to trafił! Co z nami jest nie tak?! Czyżby znowu dobra okazja przeszła nam koło nosa? – myślałam. Trochę zmieszani wróciliśmy do domu. Cały wieczór podekscytowani dyskutowaliśmy na temat wynajmu. Zaczęliśmy wstępnie kalkulować, ile pieniędzy potrzebowalibyśmy na urządzenie nowego lokum oraz konfrontowaliśmy ze sobą wzajemne wizje jego wyglądu. Właścicielka zobowiązała się przysłać nam szkic mieszkania, po to, abyśmy mogli dokładnie zaprojektować kuchnię. Otrzymaliśmy go jeszcze tego samego wieczoru.

 

 

Następnego dnia mieliśmy umówione jeszcze jedno spotkanie. Właścicielami mieszkania usytułowanego na obrzeżach miasta, okazała się być para ludzi w średnim wieku. Było ono ładnie urządzone – komplet mebli kuchennych z wyposażeniem, pomalowane i oczywiście wytapetowane ściany w różnych kolorach, szklane drzwi do salonu… Wszystko wyglądało zachęcająco. Niestety po krótkiej rozmowie z parą właścicieli, odniosłam wrażenie, że są to ludzie strasznie przejęci losem własnego mieszkania. Na każdym kroku podkreślali, ile to pracy i pieniędzy włożyli w jego urządzenie oraz to, że wszystko jest hochwertig, czyli o wysokiej wartości. Także nie bez podstaw pojawiły się u nas obojga obawy, czy potem podczas wyprowadzki nie obędzie się bez problemów. Ich postawa była całkowitym zaprzeczeniem tego, co widzieliśmy dzień wcześniej. Pani od mieszkania w centrum powiedziała nam, że możemy sobie tutaj robić wszystko po swojemu, a przy wyprowadzce należy mieszkanie doprowadzić do stanu początkowego, czyli białe, wytapetowane ściany i sufit oraz całkowicie puste pomieszczenia.

Na dodatek Kamil podczas rozmowy z parą właścicieli zapytał, czy budynek jest nowy. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że ma 3 lata, na co Kamil odparł, że nie wygląda… Ich miny, bezcenne… Widząc to, Kamil zaczął się gęsto tłumaczyć, że w Niemczech ze względu na spójność budownictwa, na pierwszy rzut oka ciężko stwierdzić, czy budynek ma 3 czy 30 lat. W Polsce wygląd zewnętrzny budynku jest kwestią dużo bardziej indywidualną i jednoznaczną. Tu nie ma takiej swobody, co sprawia, że wszystko jest do siebie podobne. Na koniec stwierdziliśmy, że musimy się jeszcze zastanowić i damy odpowiedź w najbliższym czasie. Po powrocie do domu zadzwonił telefon. Wyświetlił się numer właścicielki mieszkania w centrum.

Dwa głębokie wdechy, odbieram… Po krótkiej rozmowie usłyszałam tylko, że bardyiej przypadliśmy pani do gustu oraz dodatkowo oboje posiadamy pracę, co jest dla niej równie istotne. Ufff… w końcu. Czyżby to był koniec poszukiwań? Na to wygląda. Umówiłyśmy się na podpisanie umowy i przekazanie kluczy. Poprosiła ona nas również o kopie naszych dowodów osobistych oraz zaświadczeń z SCHUFA (odpowiednik polskiego BIK – Biura Informacji Kredytowej). Nie wiedząc wówczas co to jest, zgodziłam się na wszystko. Dodatkowo musieliśmy otworzyć w banku lub innej instytucji finansowej tzw. Mietkautionskonto, czyli konto bankowe, gdzie będą przechowywane pieniądze przeznaczone na kaucję, na czas trwania umowy najmu. Od razu zadaliśmy sobie pytanie, dlaczego nie możemy jej przekazać tych pieniędzy gotówką lub przelewem?

Okazało się, że w Niemczech dochodziło do sytuacji, w których najemcy po rozwiązaniu umowy najmu, żądali od wynajmujących zwrotu kwoty kaucji wraz ze średnimi odsetkami, które wynajmujący uzyskałby, gdyby te pieniądze ulokował na lokacie bankowej. W niektórych przypadkach dochodziło do spraw sądowych, w których sądy przyznawały rację najemcy i na podstawie precedensu zostało to wdrożone w całych Niemczech. Brzmi trochę śmiesznie, bo zazwyczaj nie ma mowy o jakiś astronomicznych kwotach, ale w gruncie rzeczy ma to ręce i nogi, ponieważ zabezpiecza to interesy obu stron. Dlatego też banki wyszły naprzeciw oczekiwaniom swoich klientów i stworzyły specjalny rodzaj konta, przeznaczonego tylko na kaucję. Zarówno najemca, jak i wynajmujący nie może tak o po prostu podjąć tych pieniędzy. Jeżeli wszystko jest w porządku z mieszkaniem, to najemca otrzymuje całą kwotę na koniec umowy. Jeśli natomiast dokonaliśmy jakichkolwiek zniszczeń w mieszkaniu lub pozostawiliśmy po sobie bałagan i trzeba po nas posprzątać, to wynajmujący może obciążyć nas kosztami usunięcia usterek, tudzież sprzątania. Zgodnie z prawem niemieckim, wynajmujący może zażądać kaucji w wysokości maksymalnie trzech miesięcznych, zimnych czynszów netto.W naszym przypadku były to dwa. Znaleźliśmy bezpłatne konto i podpisaliśmy umowę otwarcia rachunku. Na zaświadczenia z SCHUFA musieliśmy trochę poczekać.

Komplet dokumentów przekazaliśmy właścicielce tuż przed Świętami Bożego Narodzenia i wtedy też podpisaliśmy umowę. Zadziwiła mnie jej drobiazgowość. W umowie najmu była mowa ile kluczy do mieszkania i pokojów zostało przekazanych, jakie naprawy przeprowadza najemca, a jakie wynajmujący, itp.

 

 

Mój ulubiony punkt, to ten mówiący o tym, kto podejmuje się jakże trudnej i odpowiedzialnej czynności umieszczenia nazwiska (w naszym przypadku nazwisk) osób zamieszkujących dane lokum na domofonie i skrzynce pocztowej. Musicie wiedzieć, że w Niemczech nie używa się numerów mieszkań przy adresowaniu korespondencji. Listonosze, kurierzy i inni doręczyciele bazują na nazwiskach umieszczonych na skrzynkach pocztowych. W przypadku braku nazwiska na skrzynce, możemy zapomnieć, że dostaniemy jakiekolwiek adresowane do nas listy, czego boleśnie doświadczyliśmy zamieszkując w Ferienwohnung. Teraz w celu uniknięcia jakichkolwiek problemów z tym związanych postanowiliśmy umieścić nasze nazwiska Dąbrowska, Dąbrowski, a właściwie Dabrowska i Dabrowski, ponieważ dla Niemców są to dwa różne nazwiska i dostarczenie korespondencji na nazwisko Dabrowski, nie jest jednoznaczne z dostarczeniem jej na nazwisko Dabrowska. Dodatkowo musieliśmy załatwić na poczcie przekierowanie naszych listów na nowy adres.

Niedługo potem udaliśmy się na Święta Bożego Narodzenia, które spędziliśmy w Polsce, gdzie wspólnie z rodziną dyskutowaliśmy na temat nowego mieszkania, jego urządzenia oraz wielu innych rzeczy. Jak to zwykle bywa w efekcie burzy mózgów, powstało wiele nietuzinkowych pomysłów i wszyscy starali się wznieść na wyżyny logistycznego przedsięwzięcia, jakim jest przeprowadzka i meblowanie mieszkania. Oczywiście przodował Kamil. Co też nowego wymyślił? O tym w następnych wpisach.

P.S.
Na pierwszym zdjęciu tam, gdzie leży Kamil stoi teraz łóżko.

 

4 thoughts on “Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, czyli jak wynajęliśmy mieszkanie w Niemczech cz.2

  1. I co dalej. Jak zwykle za krótki ten wpis. Dopiero się wciągnęłam i znowu muszę czekać na ciąg dalszy. Pozdrowienia szczególnie dla Kamila

  2. Ciekawa sprawa z dostarczaniem poczty – spodziewałam się, że Niemcy będą preferowali raczej numery mieszkań niż nazwiska na skrzynkach, znając ich zamiłowanie do ochrony prywatności. A tu proszę;)

    1. Byliśmy równie zdziwieni i nadal często jesteśmy. Będąc u niektórych lekarzy również ochrona danych osobowych to czysta fikcja, a człowiek tylko przygląda się z wielkimi oczami 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *