Rezydentura w Niemczech Cz.2

W tej części chciałabym opisać jak wyglądała nasza pierwsza wizyta w Emsland, jak przebiagała moja rozmowa o pracę oraz jakie wrażenie zrobił na mnie mój przyszły, potencjalny pracodawca i nie tyko on.

 

Stało się. Postanowiliśmy, że wyjeżdżamy. Jeszcze w sierpniu dostałam zaproszenie na rozmowę o pracę. Dobrze się złożyło, ponieważ w tym samym czasie mój mąż – Kamil również zaczął szukać w tamtej okolicy nowego miejsca pracy i otrzymał także  zaproszenie, więc mogliśmy to zgrabnie połączyć. Zgadnijcie jakim to było dla mnie stresem. Fakt, uczyłam się już prawie rok niemieckiego, dosyć intensywnie, ale mimo wszystko, najbardziej obawiałam się, że nie zrozumiem pytania i nie będę wiedziała jak się w takiej sytuacji zachować. Poprosić o powtórzenie, czy może próbować odpowiadać w ciemno?

Zarezerwowaliśmy pokój w małym hoteliku w miejscowości nieopodal. Po drodze nie sposób było nie zauważyć bujnej zieleni i wszędzie pasących się krów i koni. W końcu było wiadomo, skąd ten stający dęba koń w godle Niedersachsen. Na miejsce dotarliśmy po południu. Po wejściu do środka okazało się, że w recepcji, ani nigdzie w pobliżu nie ma żywej duszy. Po chwili jednak Kamil parsknął śmiechem i powiedział, że chyba musimy obsłużyć się sami. Jego wzrok skierowany był na ladę, na której leżała gazeta i klucze z małą karteczką. Widniało na niej imię Kamil oraz dwa inne nazwiska z przydzielonymi pokojami. Wzięliśmy więc klucz i lekko zdziwieni udaliśmy się do pokoju. Zaskoczyła nas beztroska oraz ufność właścicieli, ponieważ pokój był dobrze wyposażony, a w holu stał pełny minibar.

 

 

Następnego dnia bezpośrednio po Kamilowej rozmowie o pracę pojechaliśmy nad Morze Północne i rozkoszowaliśmy się końcówką lata. A przynajmniej taki mieliśmy zamiar, bo wiało jak cholera… Ciężko było nawet oddychać, nie mówiąc o poruszaniu się, chyba że z wiatrem… To przychodziło nadzwyczaj łatwo. Dodatkowo Morze Północne było w fazie odpływu, więc przypominało bardziej jakieś bajoro niż morze… No, to tyle w temacie rozkoszowania się. Przynajmniej ryba na obiad nie zawiodła.

 

 

 

W końcu nadszedł dzień rozmowy o pracę. Najgorszy stres dopadł mnie jakąś godzinę wcześniej. Na szczęście miałam spotkanie o 8.15 i nie musiałam długo czekać. Gdy przyjechaliśmy pod szpital byłam już tak zestresowana, że żołądek miałam wielkości suszonej śliwki, gdzieś w okolicy migdałków. Szpital zrobił na mnie spore wrażenie. Prawie wszystko nowe lub odnowione. Szklane drzwi, szklane, nowoczesne łączniki, a wszystko to ciągle spójne z czerwoną cegłą, czyli stylem wpisującym się w historyczne czasy.

 

 

W środku także wszystko wyglądało ładnie i wcale nie przywodziło na myśl tych strasznych obrazów z horrorów w Polsce. Zgodnie ze wskazówkami otrzymanymi od mamy mojej znajomej, udało mi się znaleźć sekretariat i tam miałam zaczekać na Chefarzta. Niestety wtedy coś się przeciągnęło. Niby były to minuty, ale dla mnie czas ciągnął się niemiłosiernie. Miałam wrażenie, że siedzę tam cała w nerwach już od godziny. Nie, okazało się, że było to zaledwie 10 minut. Po tym czasie zobaczyłam, jak z pokoju, teraz wiem, że jest to pokój odpraw, wysypała się grupka lekarzy. Na samym końcu szedł Oberarzt, pani Oberärztin, czyli mama mojej koleżanki i Chefarzt. Z wielkim uśmiechem, przywitał się ze mną i nieco uspokoił mówiąc, żebym się nie denerwowała. Myślałam, że będzie w typie starszego, łysiejącego pana z wąsem, a nie wysokiego, szczupłego gościa koło 40. Natomiast w opis mojego wyobrażenia, dokładnie wpisywał się Oberartz. No tyle, że nie miał wąsa.

Rozmowa wyglądała tak, że na początku musiałam powiedzieć kilka słów o sobie, na jakim etapie kształcenia jestem w Polsce i jak to wygląda u nas w kraju. Więc w sumie nic strasznego. Resztę czasu to sam Chefarzt przedstawiał zalety pracy w jego szpitalu, opisując jego funkcjonowanie i czego mogę się spodziewać, pracując i robiąc specjalizację w tym miejscu. Najbardziej spodobało mi się stwierdzenie, że w razie wątpliwości powinnam pytać o wszystko przy wykonywaniu swoich obowiązków. Nawet, jeśli pytam o coś 2 razy, a dalej nie jestem pewna, to mam zapytać po raz kolejny. Bo lepiej zapytać 3, czy więcej razy, niż raz zrobić coś źle. I że nikt nie będzie zły, jeśli będę zadawać dużo pytań, bo każdy był kiedyś na początku i nie wiedział wszystkiego od razu.  Wtedy brzmiało to dla mnie trochę jak kosmos, bo w Polsce raczej nikt ci tego nie proponuje. A może się mylę? W końcu nie zaczęłam nawet specjalizacji w Polsce.

Rozmowa trwała w sumie około pół godziny. Potem pani Oberärztin pokazała mi cały szpital, jaka jest jego struktura organizacyjna. Przy okazji uczestniczyłam nawet w kilku rozmowach z pacjentami. Wszystko to trwało około kilku godzin. Następnie udałyśmy się do administracji, ponieważ mogłam otrzymać zwrot kosztów przejazdu na rozmowę kwalifikacyjną oraz za nocleg. W sumie dostałam zwrotu około 600 Euro. Całkiem przyjemnie prawda? W Niemczech obowiązuje bowiem prawo, które wręcz nakazuje potencjalnemu pracodawcy, zwrot poniesionych przez zaproszonego kandydata kosztów przejazdu w obie strony oraz ewentualnych noclegów.

 

 

Dowiedziałam się również, że odezwą się w najbliższym czasie i dadzą odpowiedź. Rozmowę o pracę miałam w piątek, a odpowiedź otrzymałam już w poniedziałek, że bardzo chętnie mnie zatrudnią. Pozostała tylko kwestia, kiedy mogę zacząć pracę i żebym jak najszybciej złożyła wniosek o Approbation do odpowiednika naszej Izby Lekarskiej w Niemczech.

Ta wiadomość bardzo mnie ucieszyła. Kto by się zresztą nie cieszył, że dostał pracę. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, jak długa droga mnie czeka…

Wiedziałam tylko, że w październiku wyjeżdżamy na stałe do Niemiec. Przede mną był jeszcze egzamin z języka niemieckiego na poziomie C1. I na tym musiałam się skupić.

Wrzesień upłynął na czekaniu na wyniki, dokończeniu stażu i pakowaniu. Tak… pakowanie. We Wrocławiu mieszkaliśmy w sumie 7  lat, w tym 6 w naszym własnym mieszkaniu. Niby 40 mkw., ale przy pakowaniu wydawało się, jakby było co najmniej ze 100. Z każdą spakowaną filiżanką było mi przykro, że coś się kończy. W końcu skończyłam studia, staż. Ale najbardziej przykro mi było, że nie będziemy już mieszkać w naszym ukochanym Wrocławiu. Gdybym miała polecić komuś miejsce na studia, byłby to zdecydowanie Wrocław. To miejsce ma swój klimat i duszę, za czym teraz najbardziej tęsknię. Ale jednocześnie odczuwałam ekscytację na to co ma nadejść. Nowe życie w Niemczech, praca w obcym kraju i nowe, ogromne wyzwania. Tak to śmieszne uczucie, stać pomiędzy jednymi nie do końca zamkniętymi i drugimi lekko uchylonymi drzwiami. Nostalgia miesza się z podekscytowaniem. Nigdy do tej pory czegoś takiego nie czułam.

Jak wyglądała sytuacja z mieszkaniem? Czy mój mąż też dostał pracę? Jak upłynęły pierwsze dni w szpitalu i dlaczego w Emsland jest tak zielono? O tym już niebawem.

Linki do poprzedniego i następnego wpisu z tej serii:

Rezydentura w Niemczech Część 1

Rezydentura w Niemczech Część 3

1 thought on “Rezydentura w Niemczech Cz.2

  1. Super ciekawa i wciągająca historia. Nie mogę doczekać się dalszego ciągu. Mam nadzieję, że uda Wam się w tych Niemczech odnaleźć swoje miejsce. Pazdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *